niedziela, 1 marca 2015

Na ME w Jerozolimie po dniu wolnym tylko Bartel wygrywa! W rundzie szóstej Polacy grający wysoko dostali naprawdę trudnych rywali!



Do grającego w szerokiej czołówce Roberta Kempińskiego (zremisował dziś z Aleksandrem Motylewem z Rosji) dołączył Mateusz Bartel. Mamy, więc, dwóch Polaków o jeden mały krok-skok za prowadzącym Antonem Korobovem z Ukrainy. Generalnie rzecz ujmując w czołówce jest ścisk jak w paryskim metrze w godzinach szczytu. Partią dnia był "polsko-polski" mecz, pomiędzy Jankiem Dudą, a Grześkiem Gajewskim. U nich zawsze jest interesująco, a to za sprawą stylu gry obu arcymistrzów - żaden nie zdejmuje palca ze spustu, u nich idzie ciągła seria od początku, do końca partii. Dziś podyskutowali sobie w głównym wariancie "hiszpanki", było ciekawie - padł remis. I dobre to i złe. Złe bo runda przeszła, a skoku wzwyż żaden z nich nie dokonał. Dobre, bo obaj nie spadli nisko.

Jutrzejsze kojarzenia są fantastyczne dla kibica (przynajmniej ja się cieszę, że zobaczę takich właśnie przeciwników Polaków) natomiast dla samych zainteresowanych tak średnio to wygląda. Popatrzmy, więc: Mateusz Bartel zagra z Dawidem Navarą. To nie wymaga komentarza - trzeba wycelować transmisję w tych panów i bardzo dokładnie śledzić ten mecz. Będzie się działo, będzie zabawa. Robert Kempiński trafił na Gabriela Sargissiana z Armenii. To bardzo mocny i trudny do ogrania arcymistrz. Ciężkie spotkanie przed naszym szachistą, choć też mające znamiona szlagieru dla kibica.
 Wreszcie Janek Duda zagra ze świetnym arcymistrzem i teoretykiem z Rosji, dobrze znanym w naszym kraju Aleksiejem Dreevem. Tutaj szczególnie jestem zainteresowany debiutem - ciekawi mnie jaki system zostanie zagrany i kto kogo pierwszy zaskoczy. Pojedynki Sadzikowskiego i Świercza, zważywszy na ich miejsca w tabeli oraz przeciwników, są o mniejszym ciężarze gatunkowym. Jutro zapowiada się naprawdę ciekawa runda na ME w Jerozolimie. Oby szczęśliwa dla naszych reprezentantów!


piątek, 27 lutego 2015

Po czterech rundach ME w Jerozolimie Robert Kempiński w pierwszej dziesiątce! Prowadzi z kompletem zwycięstw Anton Korobov z Ukrainy!


Jutro, w Jerozolimie jest dzień wolny i uczestnicy mają zaplanowaną wycieczkę nad Morze Martwe. Można zreasumować nieco i przyjrzeć się z bliska, kto z naszych maładjec, a kto agurjec ;).

 Najlepiej prezentuje się Robert Kempiński, który jest dziewiąty i ma tylko pół oczka straty. Zobaczcie jak asekuracyjnie idę: "oczka" nie punktu lub punkta. Chodzi o to, że wietrzę, że śledzi mnie gość od liczebników;). Cicho coś o nim, ale ja wiem, że on na mnie poluje. Chce mnie dopaść po prostu. Ale ja mu się nie dam, będę stosował uniki, lawirował i nie dorwie mnie! Ok. Odłóżmy jednak żarty na stronę.

Robert Kempiński traci, no właśnie, i co tu napisać? No dobra - "połóweczkę" (A kuku gościu od liczebników!) do prowadzącego Ukraińca Antona Korobowa, który ma komplet zwycięstw na swoim koncie. Janek Duda spotkał się ze starszym od niego o kilka lat Dubovem zremisował i to jest niezły wynik. Wygrał Bartel, Gajewski, Sadzikowski, zremisował Świercz. Wszystko, naprawdę wszystko jest możliwe w tym turnieju jeśli chodzi o Polaków ale w tym systemie nadmiar remisów to nie jest dreptanie w miejscu - to jest cofanie się. Trzeba wygrywać.

W pierwszej trzydziestce łopoczą trzy biało-czerwone flagi i to daje dodatkowe emocje, bo jest się o co zaczepić. Teraz, siłą rzeczy z nasiloną uwagą będę się przyglądał spotkaniu Roberta Kempińskiego z Aleksandrem Motylevem. To już jest mecz na szczycie i wygrana dałaby Robertowi miejsce w okolicach "pudła".

Przed otwarciem strony z kojarzeniami coś mnie tchnęło. Pomyślałem sobie ""Oby nie doszło do rozlewu bratniej krwi w rundzie piątej". Niestety, moje złe przeczucia znalazły potwierdzenie w tabeli kojarzeniowej. W kolejnej rundzie spotka się Janek Duda z Grześkiem Gajewskim. W takim wypadku pełni szczęścia nie będzie. Zawsze będą straty - remis to strata dla obu Polaków, wygrana jednego z nich zabiera wszystko drugiemu. Cóż, trzeba siadać i grać - taki jest sport. Jutro odpoczynek, a pojutrze kolejna odsłona ME.


czwartek, 26 lutego 2015

Polacy w rundzie trzeciej ze zmiennym szczęściem a Jerozolima...przysypana śniegiem!



Szachiści, którzy zaplanowali sobie wieczorną przechadzkę ulicami Jerozolimy, powinni założyć kurtki, szaliki, czapki, a na nogi śniegowce. Jeśli myślicie, że to żart, zapraszam was do obejrzenia galerii z portalu http://wiadomosci.onet.pl/swiat/atak-zimy-na-bliskim-wschodzie-niecodzienne-widoki-jerozolimy-pod-sniegiem/b5s0b. Tak wygląda teraz miasto, w którym mieszkają ludzie wielu wyznań, miejsce niespokojne chyba od zawsze. Nie byłem zadowolony, gdy usłyszałem gdzie odbędą się ME w szachach w tym roku. Decyzja o wyborze Jerozolimy jest według mnie absolutnie nietrafiona, gdyż w tym mieście dni spokojne należą do rzadkości. Szachiści powinni przede wszystkim czuć się bezpiecznie, a to miasto tego im nie zapewnia i nie zapewni nigdy. Ktoś powie, że teraz trudno o pełne bezpieczeństwo gdziekolwiek na kuli ziemskiej. Owszem, pełna zgoda. Ale są miejsca, które powinny być omijane szerokim łukiem i do takich miejsc należy Jerozolima. Na turnieje powinno się wybierać miejsca względnie bezpieczne. 

Polacy w rundzie trzeciej zaznali już goryczy porażki. Przegrał Grzesiek Gajewski, przegrał też Darek Świercz. Darek od wielu miesięcy próbuje się jakoś odnaleźć, ale widać gołym okiem, że jego gra utraciła na świeżości. Pamiętam chwile, gdy grał na olimpiadzie, wtedy było widoczne, że doskonale czuje napięcie pomiędzy materiałem, wyczuwał każdy najmniejszy niuans pozycyjny, na desce wszystko drżało - wtedy autentycznie wierzyłem, że wskoczy do przedziału 2700. Teraz nie wiem, czy odnajdzie w sobie tyle sił, by zrealizować ten cel, choć kibicuję mu przecież bardzo, bo znam go jeszcze z turniejów gdy był nastolatkiem. W sumie można mieć poważne wątpliwości, gdyż ten, w sumie kryzys - nie kryzys, bo Darek Świercz jakoś drastycznie lotów nie obniżył, trwa zdecydowanie zbyt długo.  

Janek Duda grał do końca, jak to Janek. Miał przewagę, potem ją stracił - remis w tym pojedynku jest moim zdaniem sprawiedliwym wynikiem. Jest dobrze, bo nasz najmłodszy uczestnik ME ma 2.5 z 3 i jest wysoko. Wygrał też Robert Kempiński, który ma tyle samo punktów co Janek. Czekamy na kolejne kojarzenia.

 Jerozolima przysypana śniegiem. Według relacji niektórych Izraelczyków, w mieście widziano nawet bałwany w kształcie ortodoksyjnych rabinów. Na koniec tak sobie pomyślałem - w Jerozolimie służby drogowe autentycznie mogły być zaskoczone półmetrowymi zaspami śniegu. A u nas, w Polsce, jak to wygląda? Służby są zaskoczone zawsze, choć przecież nie powinny, gdyż śnieg pada u nas dość często od listopada do marca włącznie...


środa, 25 lutego 2015

Na ME w Jerozolimie Gajewski i Duda po 2 pkt. z 2 pkt ! Reszta Polaków z lekkimi stratami ale bez porażki!



Przyglądając się grze Janka Dudy, mam wrażenie, jakby ktoś dawał ciągłą serię z karabinu marki "Kałasznikow". Janek jest młody - takie partie to domena młodości - wtedy myśli się, że na księżyc można doskoczyć, a nie dolecieć i to jest piękne! Natomiast samo dojście do krwawych zajść na szachownicy? Trudno mi na ten temat coś powiedzieć. Podoba mi się, gdy na desce u Janka jest młyn, a on doskonale wszystko widzi. Ten końcowy motyw w dzisiejszej partii bardzo fajny. My kibice... Nie. Może inaczej - bo ostatecznie nie wiem co się komu podoba - A więc, ja kibic, właśnie na coś takiego czekam.

 Bardzo interesująco, z punktu widzenia walki o inicjatywę, wyglądała partia Grześka Gajewskiego z reprezentantem gospodarzy, Arturem Koganem. Tam znów był pełny worek taktyki, ale naszemu szachiście doskonale udało się rozbić bastiony obronne w pozycji przeciwnika.

I tak - Janek Duda i Grzesiek Gajewski po 2 pkt. z 2. Bardzo dobry start. Z każdą wygraną wiara w siebie rośnie i do szachownicy po prostu inaczej się siada w takich okolicznościach. Oby jak najdłużej obaj arcymistrzowie pozostali w tym transie. Jutro mają przeciwników znanych, ale do ogrania: Janek Duda Aleksandra Motylewa, Grzesiek Gajewski Jurija Vovka z Ukrainy.

Reszta Polaków straciła już pół oczka i w związku z tym znajdują się daleko. Jednak serią wygranych mogą bardzo szybko wskoczyć do czołówki. Chodzi o to, by się tam znaleźć i mieć większą ilość prób gry z tymi ze szczytu i... dalej wygrywać, oczywiście! Mistrzostwa Europy rozkręcają się dopiero i nie ma sensu wyciągać daleko idących wniosków, coś przesądzać, czy kogoś od czegoś odsądzać. Ja, na ten przykład, zamierzam cieszyć się kolejną rundą, która będzie, no myślę, że najciekawszą ze wszystkich rozegranych do tej pory. Na moim celowniku, pod soczewką, mikroskopem Janek i Grzesiek przede wszystkim, no i reszta Polaków też, rzecz jasna. Polacy - POWODZENIA!!


poniedziałek, 23 lutego 2015

Jerozolima gotowa na przyjęcie uczestników ME! Przebudzenie Jobavy na turnieju FIDE Grand Prix w Tbilisi!



Gdyby komuś strzelił taki pomysł do głowy, by założyć bloga szachowego, a nie wie, o czym pisać konkretnie, polecam założenie domeny dotyczącej gruzińskiego arcymistrza Baadura Jobavy. Ileż to razy Gruzin ratował mnie, gdy drapałem się w głowę, nie wiedząc o czym mam pisać, a post wydawał mi się zbyt krótki. W tym momencie w Tbilisi, w występującym w roli gospodarza Jobavie obudziła się bestia. Dziś poległ Swidler, wczoraj musiał wywiesić białą flagę Kubańczyk Dominguez Perez Lernier. Z Dominguezem w debiucie tak wyglądały pierwsze posunięcia: 1.e4 e5 2. Sf3 Sc6 3. Ge2. Ciekawie, prawda? Okazuje się, że w tym systemie Baadur wygrał już z Kamskim i Swidlerem. Aktualnie, do tej dwójki, dołączył szachista z Kuby. Jobava tak ocenia pozycję po 3. Ge2: "U białych ciut gorzej, ale da się to grać" ;).

Na stronie ME, które już jutro rozpoczną się w Jerozolimie, widnieje informacja, że organizatorzy dopięli wszystko na ostatni guzik i czekają na szachistów z całej Europy. Nie czas i miejsce na analizę szans naszych reprezentantów - to wszystko omówimy w tym miejscu ale w innym czasie, natomiast chciałbym zaprosić was do konkursu. Reguły quizu są dziecinnie proste: należy dokładnie wytypować końcowe miejsce w tabeli Jana Krzysztofa Dudy na ME. Jeśli Janek zajmie, na przykład, miejsce dwunaste wygrywa ten, który wytypuje to miejsce, lub jego typ będzie najbliższy miejscu, na którym uplasuje się nasz najmłodszy arcymistrz. Jeśli dwóch internautów wytypuje to samo miejsce, wygrywa ten, który wytypował wcześniej. Piszemy imię i nazwisko i typ, a po ewentualnej wygranej poproszę o adres, na który wyślę za miejsce pierwsze: program szachowy "Chessmaster", za zajęcie drugiego miejsca płytę CD ze ścieżką dźwiękową z filmu "Bogowie". Czas nadsyłania zgłoszeń do jutra, do momentu rozpoczęcia pierwszej rundy ME w Jerozolimie. Wtedy opublikuję wszystkie nadesłane zgłoszenia równocześnie (chodzi o to, by nikt się nie sugerował ocenami innych). To co? Może być taka zabawa? A więc, typujemy miejsce, które zajmie Janek Duda i kibicujemy Polakom w Izraelu!!


niedziela, 22 lutego 2015

Kadrowicze testują formę przed ME w rozgrywkach Bundesligi!


W ten weekend część kadry sprawdza swoją formę przed ME, które już niebawem rozpoczną się w Izraelu. Dwie partie to za mało żeby wyrokować o formie ale jest szansa, że część reprezentantów (nie wszyscy występują w Bundeslidze) pojedzie do Jerozolimy lepiej rozegrana. To ważne, by w pierwszych rundach nikt nie zanotował remisowych, czy jakichś innych, tragicznych wpadek z mało znanymi zawodnikami. Tylko tak da się walczyć o najwyższe cele - chodzi o to, by za wszelką cenę trzymać się wysoko. W obecnych czasach zasada, mówiąca o tym, że "rankingi nie grają" znajduje coraz częściej potwierdzenie w rzeczywistości. O tym opowiadał kiedyś GM Aleksiej Driejew w jednym z wywiadów. Mianowicie w czasach, gdy informacja bez większych przeszkód obiega świat z prędkością światła, klasowi zawodnicy mogą się nadziewać na świetne analizy mało utytułowanych szachistów. W czasie turniejowej partii nie raz zdarzało się, że"topowy" szachista, walczył z przeciwnikiem, który świetnie zapamiętał analizę Houdiniego, czy innego krzemowego potwora, a wtedy o pomyłkę, czy wpadkę nietrudno. Może to jest właśnie jedna z przyczyn arcymistrzowskich niepowodzeń w pierwszych rundach szachowych olimpiad lub innych turniejów, w których tym ze szczytu przychodziło potykać się ze zwykłymi śmiertelnikami? W końcu każdy z tych maluczkich też może mieć za deską swoje pięć minut, nieprawdaż?

 W 1973 roku zaproszono Bobbiego Fischera na jakiś mało znany turniej na Filipiny w charakterze gościa. Amerykanin był już wtedy mistrzem świata. W czasie tego turnieju do jego pokoju zaszedł Ljubomir Ljubojevic. Patrzy, a na stole leży rozłożona szachownica i na niej jakaś pozycja. Pada pytanie: "Co to za partia, Bobby?" Fischer pokazał nazwiska graczy, a żaden z nich nie był szerzej znany szachowej społeczności. "Ljuba", zaciekawiony, zaczął dalej indagować Fischera: "Bobby, a dlaczego oglądasz takie partie?". Fischer odparł: "Każdy człowiek, nawet mały i niepozorny, może mieć swoje pięć minut olśnienia i stworzyć wielkie idee. On może nie zagrać tak całej partii, ale  pięć minut genialnych idei można spotkać w każdej partii". Skromność najlepszego szachisty tamtych lat. Wszystko to, a nawet dużo, dużo więcej, wyczytacie w wywiadzie E. Surova z L. Ljubojeviciem na stronie: http://www.chess-news.ru/node/18191.

Dziś wygrał Bartel z dobrze nam znanym Sariciem, Świercz ograł Bezolda, a Soćko i Kempiński zremisowali. Za dwa dni w Jerozolimie ruszają zegary mistrzostw Starego Kontynentu. Kibicujemy, trzymamy kciuki, analizujemy i obficie komentujemy! Polacy do boju!!


środa, 18 lutego 2015

W Tbilisi trwa Grand Prix FIDE! W superturnieju Zurich Chess Challenge Anand wciąż prezentuje wysoką klasę!


Wziąć sobie wolne od królewskiej gry? Można. Jak najbardziej. Ale gdy turniejów jest wysyp, można też bardzo szybko stracić orientację w tym globalnym, szachowym tyglu. W oczekiwaniu na Mistrzostwa Europy, które zostaną rozegrane w Jerozolimie, w Izraelu, przyglądam się zmaganiom w Tbilisi oraz superturniejowi w Zurychu (coby nie wypaść z obiegu właśnie!). I tak, dla przykładu: pojedynek Griszczuka z często prezentowanym u mnie na blogu Jobavą. Gruzin to w ogóle wdzięczny obiekt do dyskusji - on, nawet gdy przygrywa, zwykle robi to w takim stylu, że kibice nie mają mu tego za złe. Dzisiejsza partia z Griszczukiem była dla mnie o tyle dziwna, że czarnymi Baadur uskutecznił straszną "murarkę" w "caro-canie" co absolutnie nie było w jego stylu. Rosjanin bardzo pewnie wypunktował Gruzina i końca kryzysu w grze tego ostatniego nie widać. Po czterech rundach Jobava może się powstydzić jednym remisem urwanym Radżabowowi. Reszta partii to stale powiększająca się kolekcja szachowych kraks.

 Na turnieju Tata Steel Chess przeciwnicy strasznie gnębili Gruzina i choć pisałem, że z uwagi na jego wiecznie uśmiechniętą buzię, trudno było się zorientować, w jak ciężkie terminy popadł, to te zawody musiały mu zapaść mocno w podświadomość. Są sportowcy, którzy po takich nokautach w ogóle się nie podnoszą - to wszystko zależy od konstrukcji samej psychiki. Są  tacy, którzy po tak mocnych ciosach potrafią wspaniale się odbudować i wracają jeszcze bardziej wzmocnieni, z chęcią odegrania się na swoich przeciwnikach. Dobrze jest mieć zmysł, który niezawodnie podpowie nam, kiedy zakończyć zawodniczą karierę. Taki zmysł posiadają jednak tylko najwięksi championi. Gdy pojawiają się pierwsze zwiastuny, te pierwsze czarne jaskółki przemijania i upływającego czasu, kończą z dyscypliną i nie pozostawiają za sobą spraw niedokończonych. Tak pewnie się stanie w przypadku braci Kliczko. Podejrzewam, że (bo zdaje się Witalij Kliczko już boksować nie będzie) jego brat również zakończy profesjonalną karierę jako niepokonany mistrz i oba pasy będą wakować do następnej walki.

Anand potwierdza, że w dalszym ciągu jest w światowym topie. Pewnie jeszcze przez wiele lat będzie prezentował się świetnie, choć Wikingowi tytułu raczej już nie wydrze. Trzecia i każda następna próba jest już w tym momencie trudna do pomyślenia.


No to czekamy na ME w Jerozolimie i występ Biało Czerwonych. Za kilka dni, w najbliższy wtorek, Polacy powalczą o tytuł najlepszego szachisty Starego Kontynentu. Jedzie Janek Duda, na którego występ specjalnie się zasadzam. Mam nadzieję, że to będą bardzo dobre zawody dla Polaków. Nadzieje, nadziejami, ale to szachowa deska oraz forma zweryfikuje wszystko. Jak zawsze przed uruchomieniem zegarów, jestem dobrej myśli!


niedziela, 15 lutego 2015

Jak filozof z filozofem - rozmowa o szachach i edukacji z dr Aleksandrem Zbrzeznym


Krzysztof Jopek: Jak to właściwie jest z tymi ideami platońskimi? Czy według ciebie wszystko realizuje się w świecie jako idee? Zawsze mnie zastanawiało, czy szachy przed ich wymyśleniem tkwiły gdzieś tam,  w rezerwuarze wszystkich idei…

dr Aleksander Zbrzezny: Nie jestem platonikiem, ale oczywiście konfrontowanie szachów z różnymi, wymyślonymi przez filozofów ontologiami, może być wciągającym ćwiczeniem wyobraźni. I rzeczywiście, krajobraz platoński zdaje się być podatny na takie pomysły. Jeśli wszystko, z czymkolwiek mamy do czynienia w tak zwanej rzeczywistości, jest tylko odbiciem świata idei - a więc prawda, dobro, sprawiedliwość, relacje matematyczne, a także "końskość" czy "krzesłowatość" - to i szachy powinny mieć swój pierwowzór. Już za rogiem czeka na nas jednak sporo trudności. O ile platonik zgodziłby się, że istnieją idealne figury (niezależnie od tego, czy ich manifestacją będą stauntony, czy drobne magnetyczne figurki) i same reguły gry, o tyle nie wiem, co odpowiedziałby na kolejne pytania: czy istnieje np. idea jakości? Czy istnieją wszelkie możliwe przebiegi gry, czyli idee odpowiadające wszystkim możliwym pozycjom osiągniętym na wszelkie możliwe sposoby? To oznaczałoby rozbudowanie świata idei o miliardy bytów. Można by też spekulować redukcjonistycznie - że istnieją idee figur i reguł, a oprócz nich tylko idea "doskonałej partii" - coś w rodzaju algorytmu, którego do dziś nie udało się stworzyć. Ktoś, kogo dusza w swej wędrówce dostrzegłaby tę ideę (jak w Fajdrosie, gdzie rydwan duszy wzbija się właśnie po to, by oglądać prawdziwy byt), wygrywałby np. białymi w 64 posunięcia przy najlepszej grze przeciwnika. A że na razie nikt jej nie poznał, to nasze partie są mocno niedoskonałymi refleksami takiej idei i tak się do niej mają, jak narysowane przez dziecko kredką kółko do idealnego okręgu.

Fragment fresku Rafaela Santi "Szkoła Ateńska" 1509 - 1510 r.

A. Z: (kontynuując) Sam Platon pewnie nie odniósłby się z entuzjazmem do pomysłu, że wszystkie nasze pozycje szachowe preegzystują w świecie idei. Jest ich za dużo. Grecy nie znali pozytywnego pojęcia nieskończoności, a choć liczba możliwych pozycji jest skończona, to podejrzewam, że Platon uznałby to za zbyt duży bałagan. Pomyślmy w dodatku, że nie ma dobrego powodu, by uprzywilejować tu szachy kosztem innych gier. Czy bylibyśmy skłonni uznać istnienie idei wszelkich możliwych rozdań we wszystkich grach karcianych? A może wszystkich możliwych sytuacji na boisku piłkarskim? To już raczej sfera "powstawania i ginięcia", zmiany, a więc czegoś, co jest dalekie od wiecznych i niezmiennych idei. Nie chodzi mi tu o sprowadzenie problemu do absurdu, ale raczej na wskazanie kłopotu z (nie)ostrością granicy. Ponieważ nie jestem platonikiem, wolno mi powiedzieć, że szachy to gra wymyślona przez ludzi, którzy jednocześnie nie wymyślili całego zbioru konsekwencji dających się wyprowadzić z podstawowych reguł. Dzięki temu możemy wciąż uważać szachy za grę "twórczą" - przynajmniej tak długo, jak długo komputery nie pokażą nam, że to taka trudniejsza wersja gry w "kółko i krzyżyk".

K. J: Myślę, że problem leży nie w ilości szachowych idei zebranych w platońskiej matrycy (to by się od biedy dało przeskoczyć) a w braku jasnych dowodów wskazujących na prawdziwość tezy o istnieniu świata idei w ogóle. Człowiek nauki wysłuchałby zapewne tych spekulacji i rzucił jedno krótkie, ale celne: „Poproszę o empiryczny dowód”. Zatem, która z teorii jest według ciebie najbardziej adekwatna do opisania szachów jako modelu?

A. Z: Masz rację, kłopot z empirycznym dowodem towarzyszy ogromnej części stanowisk filozoficznych. Pomyślałem np. o Leibnizu, wg którego Bóg stworzył najlepszy z możliwych światów „obejrzawszy” uprzednio wszystkie światy możliwe. Świat, w którym spotkałem się w turnieju z arcymistrzem Bielawskim, jest lepszy od tych wszystkich światów, w których do tego by nie doszło. Ale czy Bóg Leibniza uwzględniał też możliwe w tej partii posunięcia? Czy była to najlepsza z możliwych partii? Ja białymi nie wyrównałem… A co do pytania – trudno mi powiedzieć, czy w ogóle jakakolwiek filozofia może być adekwatnym opisem szachów. Swego czasu mistrz międzynarodowy Jacek Bednarski (z wykształcenia filozof, magistrant samego Ingardena) przekonywał mnie, że wspólną perspektywą szachów i filozofii może być strukturalizm, ale pozostałem nieprzekonany. Mam wrażenie, że wszelkie analogie są mocno naciągane. Nawet Wittgenstein, przywołując niekiedy szachowe przykłady, używa ich zazwyczaj do uwypuklenia różnicy między grami językowymi i perspektywą filozoficzną z jednej strony, a praktyką samej gry z drugiej. Choć oczywiście dałoby się na tle jego filozofii dostrzec analogie między szachami a grą językową. Tyle tylko, że to zbliża nas raczej do konfrontowania szachów z logiką, a nie ontologią. Żeby jednak nie wyszło na to, że uchylam się od jednoznacznej odpowiedzi, wskażę na jednego autora. Paradoksalnie, to nie filozof, a historyk, któremu przydarzyło się napisać znakomite dziełko z pogranicza filozofii i antropologii – Johan Huizinga. W Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury wylicza cechy formalne zabawy (gry). Gra jest innym światem, zawieszeniem realnego świata. Ma swój czas, swoje miejsce, swoje reguły. Dalej Huizinga wskazuje, że te formalne elementy zabawy znajdujemy w najróżniejszych dziedzinach kultury: religii, prawie, twórczości, sporcie czy filozofii. Co bardzo ważne, podkreśla on, że zabawa jest „poważna”. Gdy gramy, to jesteśmy właśnie w tym innym świecie, niepodobna w trakcie gry dystansować się od niej i wmawiać sobie, że to tylko zabawa. Już to brzmi jak tłumaczenie amatora po przegranej partii. Ale ten sam amator w trakcie gry zapewne „gryzł dechę”. Wszystko jedno, czy wchodzimy do świątyni, czy na stadion – czas, miejsce i reguły będą nas teraz angażować i zniewalać. I tak samo będzie, gdy siadamy do szachownicy. Proces sądowy, partia szachów, uczestnictwo w liturgii – to zupełnie różne aktywności, które jednak traktujemy poważnie, a które dają się opisać w kategoriach gry. Korci mnie jeszcze, by zrewanżować się pytaniem – czy Ty masz tu jakiegoś faworyta? Filozofa, którego myśl dałaby się zaaplikować do opisu szachów?
  
K. J: Szachy są zbyt złożone, by można było dopasować do nich filozofię, która by wyczerpująco je objaśniła. Fizykowi dla opisu szachów jako modelu wystarczy mechanika klasyczna z takimi pojęciami jak układ współrzędnych, statyka, dynamika itd. Gdyby ów fizyk reprezentował podejście holistyczne, i zajmował się jeszcze etyką, dostrzegłby, że szachy to przede wszystkim gra wojenna. Jednym z paradoksów współczesnej nauki jest to, że od podmiotu, który obserwuje, zależy wynik badania. Jestem sceptykiem jeśli chodzi o ludzką naturę, dlatego spoglądam na szachy jako na jeden z wielu wytworów naszej cywilizacji, dający ujście ludzkiemu pędowi do agresji i zabijania. W szachach, na całe szczęście, pęd do zabijania przeniósł się na płaszczyznę symboliczną. Wiadomo, zdrowy na ciele i umyśle obywatel, akceptujący społeczne reguły nie zaatakuje bezpośrednio sąsiada (choć ma na to wielką ochotę, szczególnie wtedy, gdy ten podjedzie pod dom nowym BMW ;)) potrafi ważyć racje, dlatego potrzebne są mu takie akceptowalne przez ogół substytuty. Cóż, wywodzimy się od pewnego gatunku hominidów, który dawno temu zaprzągł swój potężny intelekt do ewolucyjnej walki o byt, i któremu udało się bardzo skutecznie załatwić konkurencję. Jesteśmy jedynym gatunkiem na tej planecie, który zabija dla przyjemności, czy to symbolicznie, jak to ma miejsce w szachach, czy naprawdę, co już takie wesołe nie jest. Jako cywilizacja jesteśmy na takim etapie, w którym spokojnie moglibyśmy zrezygnować z agresji i z zabijania, a jednak tego nie robimy. To  w jakimś stopniu świadczy o naszym gatunku i jego kondycji. Mój pogląd, jak widzisz, to taki antropologiczny sceptycyzm, dlatego dla opisu szachów skierowałbym się ku XIX w. filozofom, naturalistom.

A. Z: Bardzo mi się podoba twoje stanowisko i nie uważam nawet, by było zbyt radykalne. Może natomiast być zbyt ogólne. Z pewnością można potraktować rywalizację szachową jako realizację wysublimowanego popędu agresji, a zawodników, których napędza taka lub podobna motywacja chwalimy za „wolę walki”. Pamiętam zresztą, jak w którymś z wywiadów Fischer zapytany, co go najbardziej fascynuje w szachach, odpowiedział: „moment, w którym przeciwnik załamuje się.” Ale bywają też zawodnicy, którzy traktują partię podobnie jak pasjansa – grają z pozycją, a nie z przeciwnikiem. No i co począć z „solverowcami”? Wychodzi mi na to, że szachy wykipią nam z każdej szufladki, jaką dla nich obmyślimy.

K. J: Rozmawiając z tobą o szachach czuję się trochę jak turysta, którego wpuszczono do paryskiego Luwru na pół godziny przed zamknięciem muzeum – przed nim setki ekspozycji, a za kilka chwil  i tak obsługa uprzejmym, choć stanowczym gestem, zaprosi go do wyjścia. Myślę, że moje spojrzenie na szachy wymaga dookreślenia. Nietrudno zauważyć, że przez całą naszą dyskusję obracamy się w kręgu pojęć wypracowanych przez cywilizację zachodnią i aby trzymać się tematu przedstawiłem najbardziej adekwatny nurt, ale to stanowisko naukowe. Szachy zawsze jednak były dla mnie czymś więcej, czymś osobistym. Szachy są dla mnie tak ważne, bo gdy gram, jestem blisko siebie i swoich myśli, a świat zostaje wzięty w nawias. To nawet nieźle korelowałoby z podanymi przez ciebie założeniami z książki Johana Huizinga.  Czasami dochodzę do wniosku, że tutaj tkwi magnetyzm szachów – ludzie w swym zabieganym, pełnym zgiełku życiu, podczas gry mają możliwość powrotu do siebie, poprzebywania ze sobą i proces alienacji ulega zahamowaniu. Uważam, że do takiego opisu szachów najlepiej nadają się mistyczne prądy w myśli wschodniej, czy choćby bliższa umysłowości zachodniej psychoanaliza. No i muszę się z tobą zgodzić – szachom za każdym razem udaje się skutecznie umknąć one wręcz drwią sobie z tych, którzy chcą je zniewolić w pojęciowym kieracie…

A. Z : Niewiele wiem o refleksyjnym piśmiennictwie Wschodu, za to trop psychoanalityczny istotnie może być ciekawy – zwłaszcza, że są osoby, które „na desce” są takie jak w życiu, a są też przecież zupełne przeciwieństwa – flegmatyk może na szachownicy wręcz szaleć. Niepokoi mnie tu tylko możliwe skojarzenie z „Grą szklanych paciorków” Hessego, gdzie powrót bohatera do świata – po wystąpieniu z zakonu i porzuceniu gry – okazał się niefortunny… Dla mnie – w takiej osobistej perspektywie – szachy to przede wszystkim ogromna przyjemność. Ale nie potrafię ocenić, co jest jej źródłem – czy wyładowanie agresji, czy moment „zapomnienia” o pracy, zmęczeniu, obowiązkach… A może jedno i drugie? W każdym razie sama gra sprawia mi frajdę, tym większą, im lepszy przeciwnik, no i im lepszy wynik :).

K. J: Wspomniałeś o Jacku Bednarskim, nie sądzisz, że polskim szachom zaczyna brakować takich luminarzy, że tę pustkę po nich coraz trudniej przykryć?

A. Z: Brak takich osób dotyka nie tylko szachowe podwórko, i nawet nie sądzę, by na polu szachów był bardziej dotkliwy niż gdzie indziej. Bednarski był istotnie wyjątkową postacią, nie tylko jako szachista. Oczywiście historia polskich szachów na zawsze zachowa jego remisy z Talem, Petrosjanem czy Smysłowem, jak i same potyczki z takimi legendami jak Larsen, Fischer czy Portisch. Mamy tu też jego słynne zwycięstwo nad Gellerem na olimpiadzie. Ale Bednarski był też po prostu człowiekiem niecodziennego formatu; świetnie wykształconym, o niepospolitej erudycji i z niezwykłym gawędziarskim talentem; bardzo przyjemnie się go słuchało, niezależnie od tego, czy opowiadał o fenomenologii, czy dzielił się anegdotami z szachowego podwórka. Mało które życie biegło tak różnymi i bogatymi torami – splatając sobą niecodzienne spotkania. Ot, choćby w seminarium magisterskim Bednarskiego (prowadzonym rzecz jasna przez Ingardena) uczestniczył też Karol Wojtyła (wówczas już doktorant), a na turniejach zdarzało mu się dzielić hotelowy pokój z Korcznojem. Jeśli jednak mówimy o „braku luminarzy”, to jest on po części obiektywny, jak sam rytm następowania pokoleń. Poziom konkurencji i specjalizacji bardzo mocno wpływa na życiowe wybory – zauważmy jak rzadkie są przypadki łączenia profesjonalnej kariery szachowej z naukową. Udało się chyba tylko Hübnerowi. Dziś te wybory są jeszcze bardziej dotkliwe, a w dodatku od lat konsekwentnie upada w Polsce system kształcenia na wszystkich poziomach – to już jednak zupełnie inny temat. Mimo to, wśród naszych arcymistrzów zdarzają się przecież osoby dobrze wykształcone, a mają jeszcze czas na zbudowanie szachowego dorobku. Pustka, o której wspomniałeś, jest może odczuwalna, ale nie dramatyzowałbym tu kondycji szachistów. Studia skończyłem 12 lat temu – w tym czasie wielu moich profesorów zmarło lub odeszło na emeryturę. Nie wyobrażam sobie zupełnie, bym miał studiować dzisiaj i po prostu nie spotkać ich na swojej drodze. Ale przecież to naturalna kolej rzeczy. Jedyne co mogę zrobić – jako nauczyciel akademicki – to próbować spłacić ten dług dzisiejszym studentom.  

K. J: Co się dzieje w systemie szkolnictwa, bo zwróciłeś uwagę na upadek systemu kształcenia na wszystkich poziomach. Ten temat, choć nie dotyczy szachów bezpośrednio, jest dla mnie bardzo istotny. Czy mógłbyś w skrócie opisać na czym polega ten proces? Z moich obserwacji wynika, że przede wszystkim samo czytelnictwo jest na katastrofalnym poziomie w porównaniu z okresem sprzed dwóch dekad. Ostatnio usłyszałem od moich siostrzeńców, że lektur praktycznie nikt już nie czyta. Dzieci, czy młodzież, z książką w ręku są w znakomitej mniejszości czego konsekwencją jest coraz większe ubóstwo języka. Choć dla mnie edukacja była zawsze swoistą sztuczką pamięci, to moment, w którym kończyłem szkołę był znacznie bardziej przychylny jednostkom kreatywnym. Dziś zakres swobodnych indywidualnych poczynań ucznia na egzaminach, czy testach jest praktycznie zredukowany do minimum. Jaki masz pogląd na tę kwestię?


A. Z: Splata się tutaj cała konstelacja przyczyn. Jeśli punktem wyjścia uczynić czytelnictwo, to mamy tu do czynienia z kulturową transformacją w wymiarze niemal globalnym – zaczęło już studia pokolenie, które nie pamięta świata bez Internetu. Rzecz nie w tym, że nowe media wypierają książkę, ale w tym, że człowiek ukształtowany przez książkę myśli w zupełnie inny sposób, niż wychowany na telewizji i Internecie. Mamy całą galerię autorów – socjologów, teoretyków mediów, psychologów, którzy mówią tu dość zgodnie: człowiek linearnej kultury druku myśli w kategoriach przyczynowo-skutkowych, planuje swoją przyszłość, myśli abstrakcyjnie. Człowiek nowej kultury wizualnej myśli raczej w kategoriach opcji i wariantów, a jednocześnie jest zanurzony w teraźniejszości. Nie chodzi jednak o to, by narzekać na zdobycze techniki – a o to, by rozumieć, jak one nas przekształcają. Jeśli dziecko spędza godziny przed monitorem, zanim nauczy się pisać i czytać, będzie mu później trudno koncentrować się na tak abstrakcyjnej czynności; zmysłowy przekaz telewizji jest oczywiście bardzo silny i angażujący, jest też bogatszy na poziomie konkretu – ale kosztem abstrakcji. To jednak traktuję jako obiektywną okoliczność, na którą nie ma sensu się oburzać – co najwyżej warto uświadamiać rodziców. Jeśli chodzi o kryzys edukacji, to konstelacja przyczyn ma oczywiście więcej elementów. Właściwie z każdą kolejną reformą odchudza się programy nauczania. Wciąż słyszymy, że dzieci i młodzież uczy się zbyt wielu niepotrzebnych rzeczy. Tylko jakoś nie myśli się przy okazji o formacyjnej funkcji samego uczenia się. John Dewey sto lat temu przekonywał, że mózg musi nauczyć się uczyć. Jeśli pozbawimy się tego ćwiczenia odchudzając programy „na życzenie”, to nie nabędziemy tej umiejętności i najzwyczajniej w świecie nie będziemy umieli później uczyć się tego, co już będzie nam potrzebne. Dalej – mamy dziś bardzo liche podręczniki. W niektórych są wręcz błędy rzeczowe. W okresie międzywojennym podręczniki pisali wybitni profesorowie, a czytanki układali pisarze. PRL zachowała sporo tego materiału, a potem zaczął się odwrót. Tutaj podejrzewam działanie mechanizmu rynkowego, a dokładniej – lobbingu wydawców. Zmiany w programach są tak częste i szybkie, że każdy kolejny rocznik musi kupować nowe podręczniki. Nowy podręcznik to okazja zarobku dla wydawnictwa, autorów, ale i eksperta z ministerstwa, który podręcznik ma zaopiniować. W efekcie mamy wylew tandetnych publikacji, pozbawionych systematycznego wykładu, a niekiedy wręcz treści – co oczywiście zostaje zachwalone jako „atrakcyjna forma” – tyle, że coraz bardziej komiksowo-rebusowa, a nie książkowa. Kolejny punkt – kwestia programowych proporcji. W szkole podstawowej dzieci mają tyle samo godzin matematyki, co religii. W liceum na 180 godzin religii przypada 30 godzin fizyki i 60 godzin historii. Nie sądzę, by sprzyjało to lepszej edukacji. Wreszcie szkolnictwo wyższe – tu lista problemów jest ogromnie długa, począwszy od okoliczności, że uczelnie muszą sobie poradzić z brakami wcześniejszych szczebli – stąd np. kursy wyrównujące z matematyki na politechnikach. Za szkodliwą uważam też rezygnację z egzaminów wstępnych – automatyczne przeliczanie punktów z matury (skądinąd groteskowej) w wypadku wielu kierunków studiów jest po prostu kiepskim narzędziem. Preferowanie testów zamiast tradycyjnego wypracowania to też rezygnacja z całych obszarów kształcenia – formułowania, wyrażania i uzasadniania własnego stanowiska. Uczniowie nie przyzwyczajeni do pisania mają też trudności z rekonstrukcją argumentacji innych autorów – a to akurat żywioł filozofii. Ostatnie reformy szkolnictwa wyższego to już zupełne kuriozum. Na szczęście zlikwidowano odpłatność za drugi kierunek – która tak naprawdę była odpłatnością za dodatkowe punkty ECTS, określające godzinowy nakład pracy studenta potrzebny do uzyskania „efektów kształcenia.” Oznaczało to ostatecznie płatność nawet za zajęcia na jednym kierunku, gdyby np. ktoś postanowił uczęszczać na więcej zajęć, niż ustawa przewiduje. Daruję już sobie narzekanie na regulacje dotyczące pracowników uczelni, choć odstraszają one od kariery naukowej (jak ma sobie radzić młody zdolny człowiek, jeśli w imię „mobilności kadry” nie zostanie zatrudniony na stałe, a na 2-3 letnim kontrakcie? Jaki bank da mu kredyt na mieszkanie?). Irytują mnie sykofanci - zachwalacze reform, wskazujący na miejsca polskich uczelni w światowych rankingach i domagający się współpracy uczelni z biznesem i przemysłem. Same rankingi to raczej fetysz, niż miarodajny wskaźnik; zdarzyło mi się czytać teksty amerykańskich profesorów, którzy u nas nie zdaliby egzaminu z historii filozofii na II roku. Czemu jednak krzyczymy, że w „top 500” uczelni są tylko dwie polskie, a nie pytamy, ile polskich firm jest np. w „top 500” „Forbes’a”? (Jest jedna). O tym wszystkim, a także o (nie)finansowaniu nauki można rozprawiać godzinami, zakończę więc małą perełką: reforma Kudryckiej przewidywała m.in. konieczność stworzenia do wszystkich zajęć sylabusów, w których poza programem zajęć znajdował się opis efektów kształcenia, z podziałem na wiedzę, umiejętności i postawy studentów. Instrukcja budowania sylabusów opracowana przez ministerstwo przewidywała, że wiedza to „zdolność pamiętania lub przypomnienia sobie faktów bez konieczności ich rozumienia.” Jeśli ministerstwo tak rozumie wiedzę, to rzeczywiście staje się ona pustym dźwiękiem…

K. J: Chciałem ci podziękować za ciekawą wymianę myśli, choć kończymy w lekko minorowych nastrojach, a ja czuję niedosyt, bo w zanadrzu mam jeszcze wiele pytań do ciebie! Ale czytelnik, który pewnikiem za rozmiary naszej debaty w wyobraźni włóczy nas końmi, też ma swoje prawa i dajmy mu odetchnąć. Na koniec chciałbym cię poprosić, abyś przybliżył swoją osobę czytelnikom „Psychologii i Szachów".

A. Z : I ja dziękuję za rozmowę! A o sobie… cóż, jestem absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie obroniłem też doktorat pt. „Podmiotowość i historia w filozofii społecznej Hegla, Marksa i Adorna.” Pracuję na warszawskiej ASP, oprócz filozofii wykładam teorię mediów. W szachy gram od 10 roku życia, kilka razy byłem wicemistrzem województwa płockiego juniorów (z reguły za Krystianem Jędryczką), raz w życiu udało mi się dobrnąć do finału MP Juniorów – do lat 16 w 1995 roku, mistrzem został Rafał Antoniewski, a ja byłem ostatni. Trzykrotnie grałem w II lidze seniorów, ostatnio w barwach „Entropii” Warszawa. Grywałem też w reprezentacji UW na Akademickich MP. Od kilku lat nie mam czasu na turnieje, ale regularnie grywam na Playchess.com. Ranking mam 2016, a na Playchess obijam się między 1800 a 2200. Na Playchess też trzy razy udało mi się pokonać arcymistrza, natomiast „na żywo” mój życiowy „skalp” to IM Jan Piński.               



piątek, 6 lutego 2015

Nakamura nie dał się dogonić na turnieju w Gibraltarze! W Baden-Baden trwa Grenke Chess Classic!


Odpowiedź 1...f5 Carlsena na 1.d4 Ananda, miała w sobie mnóstwo podtekstów. Sądzę, że Norweg w pierwszej kolejności po przegranej w "holenderce" z Radkiem Wojtaszkiem, chciał jak najszybciej zrehabilitować system. To dość typowe zachowanie wśród arcymistrzów - nie wolno dawać się łatwo zbijać z pantałyku. Pewnie doszła do głosu urażona ambicja Mistrza Świata. Może o tym świadczyć sam przebieg partii - zauważyliście, że Wiking poszedł pionem do "a3" tak jak w partii z naszym arcymistrzem? Ekstrawagancja i odwaga połączona z brawurą? Wybór debiutu, a nawet wariantu wskazywał, że Magnus bardzo chciał wyrównać rachunki z "zespołem Ananda". I udało mu się to, jego jest na wierzchu, choć to co zrobił Anand w tej partii jest zagadkowe. Takie przeoczenia wielkiego mistrza z Indii były kiedyś w ogóle nie do pomyślenia. Baudelaire napisał kiedyś: "Czas jest graczem namiętnym, co wygra Bez szachrajstw każdą partię"...

Często opisuje się Magnusa Carlsena określając go słowem "geniusz". Sam w przypływie zachwytu nad jego grą ośmieliłem się kilka razy użyć tego słowa, choć teraz wydaje mi się, że to nie jest takie oczywiste. Faktem jest, że Magnus przerósł swoich współczesnych i widać go bardzo wyraźnie na tle reszty, ale czy słowo "geniusz" jest w jego przypadku adekwatne? Przeczytałem niedawno, że Tigran Petrosjan, aby mógł zagrać na turnieju na I kategorię, wstawał o 3 w nocy i szedł z łopatą odśnieżać ulice. Chodziło o to by w ogóle dotrzeć do szkoły rankiem oraz popołudniu na salę gry, gdzie odbywał się turniej. To są warunki, w których wzrastał Tigran Wartanowicz.  I to jest hart ducha: gdy dostawał jakieś grosze na bułkę, gdy szedł do szkoły, wolał nie dojeść, by uzbierać na dość drogie rosyjskojęzyczne książki szachowe. Zamiast śniadania w szkole - "Mój system w praktyce" Aarona Nimzowitscha.

 Do czego zmierzam. Chodzi mi o to, że współcześni profesjonaliści mają dosłownie cieplarniane warunki do tego, by ich talent mógł w pełni rozkwitnąć. A spójrzcie teraz na wyniki Petrosjana w przeciągu kilku dekad - tak od końca lat 50 - tych, do końcówki lat 70 - tych. Stabilność na poziomie światowym przez około  30 lat. Trzeba też dodać, że jego przegrane to były naprawdę wielkie sensacje. Magnusowi zdarzając się takie wpadki nader często. Dwa dni temu Naiditsch ładnie ujarzmił Wikinga (Oddać "białopolaka" za dwa piony, to już nie "lekka przesada" ale zwyczajne przegięcie!) a kilka tygodni temu nasz arcymistrz wpisał się na listę strzelców. Trochę tego się uzbierało i mam wrażenie, że nie koniec na tym.

Nakamura zagrał piękny turniej. Wzbogacił się o 20 tysięcy funtów brytyjskich, ale jak sam stwierdził, dla szachistów elity (Tak. Jest coś takiego jak elita szachowa. Wywieszam białą flagę!) pieniądze nie są aż tak ważne, chodzi o to żeby grać dobre partie. Hou Yifan również zagrała świetnie. Judit Polgar może spać spokojnie, Chinka godnie ją zastąpi, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.


środa, 4 lutego 2015

W ostatniej rundzie turnieju "Tradewise Gibraltar Chess Festival 2015r." Mateusz Bartel zagra z V. Topałowem!



Mateusz Bartel serią wygranych powoli zaczął wracać do gry na turnieju w Gibraltarze. Fakt, szedł dołem i punktację pomocniczą ma koszmarną, niemniej jednak na koniec doczekaliśmy się "perełki" w tym nieciekawym zestawie jego rywali. Jutro wcześnie, bo o godzinie jedenastej, rozegrana zostanie ostatnia runda tych zawodów i gdyby doszło do sytuacji, w której na samym szczycie będzie dwóch, trzech lub więcej z tą samą liczbą punktów, będziemy świadkami dogrywki.

 Doczekaliśmy się więc partii, która, zważywszy na styl gry Polaka i Bułgara powinna dostarczyć kibicom wielu emocji. Może dla tego pojedynku warto było polecieć na Gibraltar? Do tego momentu patrzyłem (jeśli miałem możliwość!) dość spokojnie na partie naszego reprezentanta - jakoś nie dałem się porwać emocjom, był daleko i grał z średniej klasy zawodnikami. Teraz serce mocniej mi zabiło i bardzo chętnie zasiądę do jutrzejszej transmisji. Co panowie zagrają? Jaki przebieg będzie miała ta partia? Wszystkiego jestem ciekaw, włącznie z wynikiem końcowym. Chociaż na koniec mamy trochę prawdziwej emocji, fajnego kibicowania - przecież na coś takiego zawsze się czeka!

Zwróciliście może uwagę co na tym turnieju znów wyprawia Hou Yifan? Jest czwarta, kosi równo z trawnikiem, zyskuje na rankingu. Judit Polgar ma godną następczynię. Chinka jest jeszcze na tzw. "dorobku" w szachach męskich ale jest fenomenalna. Gra już szachy z innej półki i nie są to szachy, w które gra płeć piękna. To 100% profesjonalistka, gra na chłodno, świetnie liczy. Dziś nie wypuściła poza kontrolę czasu utalentowanego Richarda Rapporta z Węgier. Nie ma dla Chinki barier - gdy jest rozegrana panowie naprawdę mają się czego bać.

Co z moją teorią? "Naka" pierwszy, Vitiugov trzeci, Swidler i Topałow odpowiednio siódme i ósme miejsce. Źle. Czarno to widzę i jest, że tak powiem "pozamiatane". Może jutro Mati Bartel pomoże wygrywając z Bułgarem? Nie zmienia to faktu, że mojej teorii niepodobna utrzymać. Co klasowi gracze, to klasowi, co tu będziemy dużo gadać. Nakamura gra bajeczny turniej, a reszta elity dzielnie mu sekunduje. Jutro znacznie ciekawszy dzień. Ciekawym czy Samuraj zamieni prowadzenie na końcowe zwycięstwo?