piątek, 30 stycznia 2015

"Na szachowym Przylądku Dobrej Nadziei" - arcymistrzyni Kasia Toma opowiada o swoich przygodach w Afryce!



Krzysztof Jopek: Witaj Kasia! Za moim oknem biało się zrobiło. Śnieg sypał całą noc, a u Ciebie na samym południu Afryki ciepło i świeci Słońce. Opowiedz, jakie jest południowoafrykańskie lato?

Katarzyna Toma: Jest uśmiechnięte, pełne słońca i palm!! Ale szczerze mówiąc teraz tęsknię za śniegiem i chłodem :) Prawie codziennie mamy koło 30 stopni i ciężko coś robić poza leżakowaniem! Podobno luty ma być jeszcze gorszy :) Mimo żaru muszę przyznać, że wielkim komfortem dla psychiki jest pobudka w słoneczny poranek z niebieskim niebem i ptaszkami ćwierkającymi za oknami każdego dnia!!

K.J: Jak się dowiedziałem, że mieszkasz w Kapsztadzie, wykrzyknąłem: „Santa Polonia! Kasia Toma w Afryce!”. Jak właściwie do tego doszło, że przeniosłaś się na półkulę południową?

K. T: Tak właściwie to trochę przypadkiem :) Akurat miałam przerwę w pracy i dostałam zaproszenie na wakacje od zawodniczki z kadry narodowej RPA- Anzel Solomons, którą poznałam na turnieju w Angoli w 2013 roku. A jak już wylądowałam to się okazało, że mi się bardzo podoba na tym końcu świata!! Tutejsze środowisko szachowe bardzo się ucieszyło z okazji mojego przyjazdu- najsilniejszy klub w kraju - Steinitz Chess Club- zaproponował mi, żebym w jego barwach zagrała w Klubowych Mistrzostwach Afryki na 1 szachownicy :). Udało się wygrać złoty medal indywidualnie i drużynowo i chyba ustanowiłam jakiś rekord, wygrywając pierwszą „deskę” jako  kobieta :)). Dosyć szybko zostałam poproszona przez wielu rodziców o możliwość trenowania dzieci przed i w czasie Mistrzostw Juniorów, uczestniczyłam też w spotkaniu o strategicznym rozwoju szachów w RPA....i tak to się zaczęło.....

Kasia Toma na Przylądku Dobrej Nadziei!





K.T:...W międzyczasie Anzel dostała zaproszenie na turniej do Indii i okazało się, że są chętni zaoferować mi fajne warunki, więc niewiele myśląc kupiłam bilety w obie strony. Wtedy już stwierdziłam, że chcę zostać tu na dłużej i do pracy jako lek. wet. aż tak mi się mocno nie śpieszy. Złożyłam więc wniosek o przedłużenie wizy o kolejne 3 miesiące. W kwietniu zagrałam w kołówce w Centurion City w Pretorii, ale grałam dosyć chaotycznie, być może dlatego, że 1 dnia miałam nieszczęście być świadkiem rabunku. Chciałam doładować telefon w sklepie Vodacomu i akurat kiedy płaciłam podszedł do mnie z tyłu mężczyzna i powiedział: "To jest rabunek, ręce do góry i na zaplecze proszę"! Panów było dwóch, wystrojonych w garnitury z bronią w ręku...

K. J: O kurcze! I co  się potem wydarzyło?

K. T: Jakoś udało mi się wrzucić portfel i pieniądze do torby i przerażona poszłam razem z innymi na to zaplecze desperacko rozmyślając jak uratować mój paszport, który miałam przy sobie. Ale panowie za bardzo nami nie byli zainteresowani, zabrali się za rabowanie wszystkich telefonów i pieniędzy sklepowych, natomiast od klientów i obsługi nie zabrali niczego. Trwało to może z pięć minut, zamknęli nas na tym zapleczu i zniknęli!

K.J: To była wersja kulturalnych przestępców?

K.T: Tak, kulturalni, jak współczesny Robin Hood wręcz!! Niemniej jednak byłam w kompletnym szoku i zaraz po tym jak to się wszystko skończyło poszłam do sklepu obok i kupiłam sobie butelkę wina! :)

K.J: Temu akurat się nie dziwię ;).

K. T:  Dodać trzeba, że zdarzyło się to w jednej z "najlepszych" dzielnic Pretorii, która teoretycznie jest bezpieczna. Dzień przed wylotem z Kapsztadu wszyscy mnie ostrzegali, że „Johannesburg” ( miasta są położone sąsiednio) to "miasto grzechu" i żebym na siebie uważała....rabunek był jakieś 3-4 godziny po wylądowaniu na lotnisku w Johannesburgu....

Arcymistrzyni na safari :).



K. J: Podejrzewam, że to nie był koniec twoich perypetii związanych z wylotem do Indii…

K. T: Zanim do tych Indii dotarłam, miałam kilka ciekawych przygód ze zdobyciem wizy. Przed zakupem biletu zadzwoniłam do Konsulatu Indii z pytaniem, czy mogę się ubiegać o wizę z RPA, ale pracujący tam pan stwierdził, że nie będzie problemu i mogę się ubiegać z jakiegokolwiek kraju. Jak już zaczęły się konkretne przygotowania do wyjazdu i miałam skompletowane: zaproszenie, bilety, zdjęcia itd. poszłam złożyć wniosek o wizę. Dosyć szybko dowiedziałam się, że wizy dostać nie mogę bo jestem na wizie turystycznej w RPA i nie wiadomo, czy zostanie mi ona przedłużona i w ogóle to lepiej jakbym aplikowała z Polski. Przeszłam tam z nimi fazy wściekłości, załamania i zirytowania, ale nic nie pomogło- wniosek nie został nawet przyjęty.

K.J: Jak się udało ten problem rozwiązać?

K.T:  Z problemem z wizą podzieliłam się z ówczesną panią vice Prezydent Federacji Szachowej Judy- Marie, która powiedziała, żeby papiery podać jej synowi, który akurat był  w Kapsztadzie. Było to zaraz po turnieju w Pretorii, grałam w kołówce z normą na GM podczas Steinitz Chess Festival. W sumie to od kwietnia do końca maja ciągle gdzieś występowałam. Nie wiem jakim cudem i dzięki jak wielkim znajomościom, ale udało się jej wizę „załatwić” :). Problem w tym, że dali mi ją na dzień przed wylotem, więc Judy Marie wsadziła mój paszport w samolot, który miał wylądować na godzinę przed naszym odlotem do Indii. Na lotnisku razem z tatą jednej z moich uczennic pojechaliśmy na cargo, reszta grupy się już odprawiła, a jej mama została z moim bagażem. Okazało się, że wypakowanie samolotu trwa 45 min. W tym momencie to już mi się płakać chciało - wiza w paszporcie, ale i tak nie polecę!! Pani chyba zobaczyła, że wpadam w histerię i gdzieś zniknęła, po czym pojawiła się z zawiniątkiem, w którym był mój paszport. Biegiem pojechaliśmy z powrotem na terminal, ale już i tak odprawa była zamknięta, szczęście w nieszczęściu, mama mojej juniorki jeździ na wózku i obsłudze głupio było ją wyrzucić, więc zaczekali na mnie i mnie odprawili. Wciąż biegiem ominęłam wszystkie kolejki krzycząc, że zaraz mam samolot. Na kontroli paszportowej zagrozili mi że zapłacę karę za wyjazd z kraju nie czekając na przedłużenie wizy- do samolotu udało mi się wskoczyć w ostatniej chwili!! I poleciałam do Indii.

K. J: Uff…

K.T:  Do tej pory nie wiem jak się to udało bo wszystko zadziałało dosłownie na ostatni gwizdek i pewnie jakiś limit cudów w moim życiu wyczerpałam przez tą wycieczkę!! Po powrocie z Indii grzecznie zapłaciłam karę na lotnisku i czekałam na rozpatrzenie wniosku. Po jakimś czasie coś mnie tknęło i poszłam w pewien wtorek dowiedzieć się do urzędu co z tą moją aplikacją, bo całkiem niedługo miały minąć te 3 miesiące, o które starałam się wizę przedłużyć:) pan spokojnie powiedział mi, że wniosek został anulowany i muszę opuścić kraj do piątku ( Polacy mogą przebywać w RPA do miesiąca bez jakiejkolwiek wizy i akurat miało minąć 30 dni od powrotu z Indii ). Nogi się pode mną ugięły bo moja pierwsza myśl- muszę wracać do Polski, a przecież w sobotę zaczyna się South African Open w Bloemfontein! Nie zdążę! Szybko jednak doszłam do siebie i się spytałam czy jak przekroczę granicę to będę mieć te dodatkowe 30 dni :) Pan się uśmiechnął i mi oddał paszport, no i się zaczęło! Gdzie tu jechać na wycieczkę żeby granicę w sobotę przekroczyć i zdążyć na rundę w niedzielę rano?  Wymagania wizowe szybko zredukowały liczbę krajów na przyśpieszone wakacje i w końcu pojechałam do Swazilandu! Przypadkiem nocowałam u lekarza weterynarii prowadzącego B&B w Mbabane, zwiedziłam w jeden dzień tą miniaturową stolicę, pochodziłam po górach i ze świeżym stempelkiem w paszporcie szczęśliwie wróciłam na turniej :)

K.J: A mówią, że szachiści prowadzą nudne i mało emocjonujące życie... A jak wyglądał twój pobyt w Indiach?

K. T: W sumie mam bardzo dobre wspomnienia, chociaż przeżyłam szok kulturowy bo był to mój pierwszy pobyt w tym kraju.

K.J: Opowiedz, więc o swoich wrażeniach.

K.T: Jak już wylądowałyśmy szczęśliwie w Bombaju,  ja, Anzel oraz „nasze juniorki”- Dantelle i Sune, musiałyśmy udać się na następny lot do Bhubaneswaru- w którym był turniej. Wyczekałyśmy się na tym lotnisku kilka godzin, miałyśmy kłótnię z liniami lotniczymi bo nikt nas o nowym ograniczeniu bagażu nie poinformował i na końcu milion razy na wszystkich bramkach byłyśmy sprawdzane od stóp do głów :). Już w samolocie zauważyłam że wywołujemy małą sensację. Cztery białe dziewczyny podróżujące samotnie bez "opieki". Więc się wszyscy na nas wręcz gapili i to zarówno mężczyźni jak i kobiety. Po wylądowaniu odebrał nas Sekhar, organizator turnieju, Wiceprezydent Federacji Indii i prywatnie przemiły człowiek!! Dowiedziałyśmy się że Bhubaneswar to małe "miasteczko" i ma tylko 1 mln ludzi. Zakwaterowane byłyśmy w internacie Uniwersytetu KIIT, pokoje były z klimatyzacją, łazienką, telewizorem, czajnikiem i.... wszechobecnymi jaszczurkami! Bardzo mi się spodobało! Do tego kuchnia indyjska- mniami!! Zajadałam się na każdym posiłku i jak wszyscy z Indii wracają z ubytkiem masy ciała tak ja wróciłam z 2kg więcej :)

K.J: Ja też jestem wielkim fanem orientalnej kuchni…

K. T: Tak sobie teraz wspominam i myślę, że nie powinnam narzekać na te 30 stopni w Kapsztadzie.... Wystarczyło wyjść z klimatyzowanego pomieszczenia i już żar buchał z niesamowitą siłą i ledwo można było wytrzymać. Szczęśliwie sala gry była klimatyzowana i wszędzie był dostęp do czystej wody. Rundy były rano, turniej silny bo Hindusi mają rankingi zaniżone, więc każda partia była wielką batalią, jak widziałam, że gram z juniorem to już się nastawiałam na zacięty bój!





K.J: W Indiach od dawna panuje wielki „boom” na szachy. To zapewne zasługa "Vishiego" Ananda...

K. T: Widać to na każdym kroku. Plakaty z „Vishym” wiszą na każdej ścianie i widać ten fanatyzm szachowy w nastawieniu dzieci, rodziców i działaczy. Maluchy często mnie zaczepiały i się dokładnie o wszystko wypytywały, a jaki to mam ranking, ile godzin trenuje, kiedy zaczęłam grać itd. I muszę przyznać, że sceptycznie podchodziły do moich odpowiedzi....Koneru to ja nie jestem :)

K.J: Oj, przydałoby się coś takiego u nas,  w Polsce...

K.T: Oni są tam głodni szachów i sukcesu. Każdy utytułowany szachista ma wsparcie finansowe, więc nie ma się czemu dziwić, w kraju takim jak Indie to kwestia życia i śmierci, co niestety widać na ulicach.

K. J: Znajomy opowiadał, że w Indiach ludzie się rodzą na ulicy, mieszkają na ulicy i umierają na ulicy, a miliony nie widziało jednego dolara na oczy...

K.T: Na plaży w Mumbaju dzieci przyszły błagać o wodę, więc dałam im wszystko co miałam, ale i tak co krok widziałam ludzi leżących z wyczerpania na drodze, matki z niemowlętami z wyschniętymi ustami, leżące gdzieś na ulicy bez dachu nad głową. Ulice są zapełnione ludźmi, wszędzie są ludzie, masz wrażenie, że nie ma nic poza ludźmi.

K.J: Powiem ci, że podobną biedę, choć może nie aż taką, widziałem w Maroku. Mnie w Maroku bieda po prostu poraziła. Mówią, że wizyta w Indiach może człowieka odmienić, gdy się widzi z jakimi problemami ludzie się zmagają. Nasze kłopoty, tu w Europie, wydają się po prostu wydumane...

K.T: Tak, po wylądowaniu w Kapsztadzie wszystko mnie cieszyło, począwszy od świeżego powietrza przez normalny ruch na drodze, po zwykłe toalety....na co dzień nie doceniamy prostych rzeczy, do których przecież wszyscy mają dostęp, ale nie wszędzie na świecie tak jest....nawet „slumsy” ( townships ) w RPA są dużo lepsze niż te w Indiach ( i Angoli dla przykładu )....z dostępem do elektryczności i wody.... bardzo mnie to do dziś razi. Bo przecież nie można powiedzieć, że ludzie mieszkający w townships w RPA mają się dobrze. W Indiach i w Angoli bardzo mnie uderzyła przepaść pomiędzy światem tych mających pieniądze i tych nie posiadających nic, absolutnie nic. Więc istnienie licznej klasy średniej co tam sobie rzepkę skrobie to chyba największe szczęście mieszkańców krajów rozwiniętych, chociaz pewnie znajdzie się wielu poszkodowanych tym faktem:)

K.J: Zdaje się, Kapuściński napisał, że około 400 osób ma 2/3 wszystkich pieniędzy jakie są w światowym obiegu. Jak ci się grało w Indiach? Radek Wojtaszek opowiadał, że standardy na turniejach w Indiach praktycznie w niczym nie odbiegają od tych europejskich.

K.T.: Muszę przyznać, że książki Kapuścińskiego rozbudziły we mnie wielką ciekawość świata i natchnęły do podróży i poznawania różnych kultur. Generalnie zgodzę się z Radkiem! Obie sale gry były klimatyzowane, a w Mumbaju do tego stopnia, że czasem było po prostu zimno:) Niestety trafiłam akurat na ten rok w Mumbaju, kiedy organizatorzy byli zmuszeni do zmiany sali gry w ostatniej chwili i wylądowaliśmy na Uniwersytecie, ale poszczególne sekcje były na różnych piętrach, a wszystko obsługiwała 1 winda.... więc prawie co rundę spóznialiśmy się 3-4 minuty bo nie sposób było się przebić przez tłum śpieszący na salę gry. Dodam, że turniej A odbywał się na 7 pietrze i nie było klimatyzacji na korytarzach...
Poza tym odniosłam pozytywne wrażenie jeśli chodzi o sam stosunek Hindusów do zawodników z innych krajów, byli nas ciekawi, prawie wszyscy chcieli analizować partie i ogólnie czułam, że zależy im  na naszym dobrym samopoczuciu. Organizatorzy pomagali nam w zwiedzaniu, starali się pomóc jak był jakiś problem, tu znowu wspomnę Sekhara- dusza człowiek! 

K. J: Powróćmy na kontynent afrykański. Przeciętny kibic szachów jest mało zorientowany jak się ma nasza dyscyplina w Afryce. Czy mogłabyś przybliżyć czytelnikom na jakim poziomie są obecnie szachy w RPA oraz innych krajach afrykańskich oraz jakie Afryka ma perspektywy jeśli chodzi o dalszy rozwój królewskiej gry?

K. T: Ogólnie poziom gry jest bardzo słaby w porównaniu z Polską. RPA dorobiło się właśnie pierwszego w historii arcymistrza- za wygranie Mistrzostw Afryki Kenny Solomon został uhonorowany najwyższym tytułem szachowym o czym niedawno można było przeczytać na portalu chessbase. Jest to bardzo ważne wydarzenie w całym kraju, niemal początek nowej ery i wszyscy są bardzo podekscytowani. Nie zmienia to jednak dramatycznej sytuacji jeśli chodzi o poziom gry, wystarczy prześledzić rankingi pierwszej dziesiątki mężczyzn i kobiet, żeby zrozumieć, że szachy w Południowej Afryce nie nadążają za światem. Niemniej jednak Federacja stara się rozwijać, chociaż robią to trochę chaotycznie i niestabilnie. W sumie trochę mnie dziwi tak niski poziom gry bo nakłady finansowe ( szczególnie rodzicielskie ) wcale nie są dużo niższe niż na szachy w Polsce,  położenie geograficzne wydaje się być czynnikiem decydującym, gdyż brak  dobrych zawodnikow również w krajach sąsiednich, więc ciężko o trenerów dla najzdolniejszej młodzieży i koło się zamyka. Jest tu całkiem sporo turniejów, ale nie są one liczone do FIDE i najczęściej gramy tempem 60:60, 3 rundy dziennie. Oczywiście zminiejsza to koszty, ale jakościowo szachy cierpią. Corocznie jest kilka turniejów międzynarodowych, w tym przynajmniej 2 kołówki z normą arcymistrzowską. Niestety nagrody nie są obalające, więc utytułowani zawodnicy bez zaproszenia tu po prostu nie przyjadą. I wszystko jak zawsze rozbija się o pieniądze. Ale pierwszy pierwiosnek jest, więc może i wiosna przyjdzie!



K.J: A jak jest w innych krajach?

K.T: Jeśli chodzi o Angolę to poziom jest jeszcze gorszy. Nie tylko położenie geograficzne, duże nierówności społeczne, ale i język stoi naprzeszkodzie- Angola jest dawną kolonią portugalską i niestety mała część społeczeństwa mówi po angielsku. Tak więc znalezienie kogoś chętnego do zamieszkania w tym klimacie i trenowania dzieci w języku portugalskim jest niezwykle trudne! Niemniej jednak pojedyncze osoby już tam trenują i na ostatniej Olimpiadzie widziałam, że w drużynie kobiecej znalazły się same dziecięce twarze! Odważny i przyszłościowy krok, zobaczymy czy Federacja wytrwa we wspieraniu młodych zawodników! Przy okazji wspominania Angoli nie mogę się powstrzymać żeby nie dać przykładu na typową afrykańską mentalność. W kwietniu 2013 grałam tam na turnieju organizowanym corocznie i sponsorowanym przez browar produkujący wyśmienite piwo „Cuca”. Kolega uprzedził mnie żebym się nie denerwowała i spokojnie czekała, aż mi wyślą bilet. Na 2 dni przed turniejem już mocno zaniepokojona zaczęłam się dopytywać o bilet, ale organizator uspokoił mnie, że zaczniemy z opóźnieniem. Gdy ponowny termin wylotu przyszedł dosyć szybko, a mój bilet wciąż był wielką niewiadomą, spakowałam się i pojechałam do Warszawy. Mama sceptycznie pożegnała mnie słowami „do zobaczenia wieczorem”. Na Okęciu siedziałam już prawie zrezygnowana, aż tu na pół godziny przed ostatnim sensownym połączeniem z Angolą- bum- mam bilet na poczcie w telefonie- i już chwilę potem zaczęłam zdobywać doświadczenie w bieganiu po lotnisku z krzykiem, że zaraz mam samolot. Dodać trzeba, że poleciałam bez wizy, ale miałam magiczne pismo od organizatora i wizę dostałam na lotnisku, ale to już znowu odrębna historia....po tym wyjeździe nauczyłam się, że trzeba wszystko brać mniej poważnie i się tak mocno niczym nie stresować!! Jak nie dzisiaj to jutro zdążymy ze wszystkim....;)

Kasia Toma podczas symultany.


K.J: Przeczytałem ostatnio na Twitterze, że Sergey Tiviakov odwiedził już 76 krajów, a ty szachowa podróżniczka – jakim wynikiem możesz się pochwalić?

K.T: Ja skromnie tylko 32 kraje mam w mojej kolekcji.

K.J: Wizytę w którym kraju wspominasz najcieplej? Gdzie oprócz RPA najbardziej ci się podobało?

K.T: W Norwegii!! To mój ulubiony kraj!! Grałam tam w kilku turniejach i miałam okazje odwiedzić różne części kraju, nie jestem w stanie nawet wybrać najpiękniejszego zakątka tej cudnej krainy!! Podoba mi się przyroda i przestrzeń, ten milczący majestat bijący z gór, spokój i stabilizacja. I sami Norwedzy mówią o sobie zbyt surowo, spotkałam się tam z dużą serdecznością, więc chyba nie są tacy oschli jak twierdzą :).
Następnie muszę wymienić Czechy- zupelnie z innych powodów- kocham ten kraj za przepyszne jedzenie, wdzięczny dla naszego ucha język i świetne wspomnienia z ogromnej ilości turniejów jakie tam grałam na przestrzeni lat!!

K.J: Bardzo duży życiowy zakręt cię spotkał z tym wyjazdem na południe Afryki, ale chyba nie powiedziałaś ostatniego słowa? Jakie masz bliższe i dalsze plany?

K.T: Pewnie, że nie!! We wtorek lecę na kołówkę z normą arcymistrzowską do Bangladeszu:))) Kraj numer 33! I już mam małą anegdotkę związaną z wyjazdem.

K.J: Zapodawaj :).

K.T: Czwartek rano. Dzwoni telefon. Ambasada Polski w Pretorii.
Pan mówi, że jest u nich kurier, który koniecznie chce odebrać przesyłkę dla mnie.
Mowię, żeby go wysłał do ambasady Bangladeszu po mój paszport :)
Pan się śmieje :)

Podobno paszport jest już w drodze:)

K.J: Bardzo Ci dziękuję Kasiu za rozmowę. A Na koniec mała niespodzianka dla ... 

K.T: Wywiad chciałabym zadedykować mojemu tacie Marianowi!! 

Tato, dziękuję za nieustanne wspieranie moich marzeń, miłe słowo w chwilach zwątpienia i ten rozbrajający optymizm, żebym się nie martwiła, że przecież będzie „dobrze”!! 

Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin!! Sto lat uśmiechu, zdrowia i moc całusów z Afryki!!


czwartek, 29 stycznia 2015

Piętnastolatek Wei Yi bije rekord Carlsena i jako najmłodszy w historii melduje się w klubie 2700+!


Nastąpiła też inna zmiana - symboliczna, ale jednak - po raz pierwszy w historii nie grająca już zawodowo w szachy Judit Polgar znalazła się na drugim miejscu w rankingu. Wyprzedziła ją nowa, dobrze wszystkim znana królowa szachów, Yifan Hou. Te wydarzenia dzieją się oczywiście na turnieju w Gibraltarze.

 Wei Yi, rówieśnik naszego Janka Dudy, wygrywając czarnymi z Belą Khotenashvili znalazł się na "live" w grupie 2700 + bijąc tym samym rekord Magnusa Carlsena - do tego klubu zawitał wcześniej.

 Na turnieju w Gibraltarze niżej notowani nie zamierzają oddawać tanio skóry. Wiadomo nie od dziś, że poluję na tego typu sensacyjki, wpadki, przegrane topowych arcymistrzów z mało znanymi szachistami. Oczywiście jestem bardzo daleki o teorii unifikacji w szachach, która miałaby oznajmiać, że nie ma czegoś takiego jak elita szachowa. Oczywiście, elita jest, natomiast gracze elity mając do rozpracowania 20-30 arcymistrzów, z którymi przyjdzie im się spotkać, mają ułatwione zadanie względem reszty. Nieraz przy takich przegranych szachisty z elity światowej z zawodnikiem, powiedzmy, 2400 elo, mam przemożną chęć ironizować sobie na ten temat pisząc, że.."co to? Komp nie zdążył ruszyć z analizą kogoś nowego, a tu trzeba było na rundę spieszyć i pewnie stąd ta przegrana, nie?". Nie no, nigdy z moich ust nie usłyszycie, że tacy gracze jak Swidler, Topałov, czy Aronian, to nie są klasowi zawodnicy, natomiast jakoś dziwnym trafem w openach nie zawsze meldują się na podium. Mamy turniej w Gibraltarze. Popatrzmy więc, jak sobie poradzi Samuraj "Naka", Bułgar "Topi", Peter Swidler i powiedzmy Witiugov. To oczywiście w tle, a spoglądać trzeba też jak sobie poradzi Marta i Mateusz Bartlowie. Wczoraj przegrali. Mateusz takich partii przegrał kilka tuzinów (jak nie więcej!) - to była najbardziej typowa z typowych partii naszego szachisty. On potrafi pięknie wygrywać i pięknie przegrywać. Fajnie by było, gdyby się szybko odkuł, wracając na transmisję.

Zbliżają się ME w szachach, które odbędą się w Jerozolimie. Tak sobie pomyślałem, bez obrazy, ale komuś, kto podjął decyzję o organizacji turnieju w tak niebezpiecznym miejscu, ewidentnie musiało czegoś nie dostawać jeśli chodzi o pełnię władz umysłowych. Ja od dłuższego czasu bardzo uważnie śledzę to co dzieje się pomiędzy Palestyną i Izraelem. Sytuacja teraz w tych rejonach jest bardzo niebezpieczna. Już w październiku czytałem o kolejnych starciach ugrupowań palestyńskich z Izraelem. Tam ludzie, gdy siadają do wieczerzy, są szczęśliwi, że udało im się przeżyć dzień, że nie dostali w głowę jakimś odłamkiem podczas zamachu bombowego. Przed samymi mistrzostwami napiszę o tym więcej i znacznie dokładniej to omówię. A dlaczego o tym piszę? Bo się zwyczajnie boję o te zawody, które zostaną zorganizowane w jednym z najmniej fortunnych miejsc na świecie jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Miejmy nadzieję, że szachiści w Jerozolimie zagrają i wszyscy w komplecie wrócą do swoich domów.

Samuraj piłuje Nabatego, ma piechura więcej, gońce są różnopolowe ale szachista z Izraela ma gorszą strukturę pionową. No ciekawe, czy "Naka" wyciśnie cały punkt? Wycisnął, teraz jeszcze rzuciłem okiem na przekaz.



wtorek, 27 stycznia 2015

Wystartował Tradewise Gibraltar Chess Festival 2015. Listę otwiera Veselin Topałow, a z Polski zagrają Marta i Mateusz Bartlowie!



Miałem sobie cokolwiek odetchnąć, odpuścić, zażyć wywczasów znaczy się, a tu nagle - ten i tamten i jeszcze ów (A wszyscy pod dowództwem Mirka Wolaka z Krakowa ;) ) zadecydowali, że jest turniej w Gibraltarze, gra Polka, gra Polak i wypada, ba! nawet trzeba o tym wydarzeniu informować. Czy będę każdą rundę relacjonował w stylu turnieju Tata Steel Chess? Raczej nie ale zawody mam na uwadze i występ małżeństwa Bartlów śledzić będę. Fanów Magnusa Carlsena (od naszego Radka lanie dostał;) ) czeka kolejny turniej z jego udziałem - http://www.grenkechessclassic.de/en/,  a wszelkie informacje znajdziecie w powyższym linku, to jest po prostu link do strony organizatora.

 Powiem wam tak: Wasilij Iwanczuk to bardzo ciekawa osobowość. I nie chodzi mi w tym momencie o jego szachową twórczość. Ostatnio przeczytałem wywiad E. Surova z legendarnym Ukraińcem na serwerze http://www.chess-news.ru/node/17971. Dawno już nie natrafiłem na tak interesującą rozmowę. Arcymistrz opowiadał o tym, co nosi w kieszeniach (rewelacja!), dlaczego na rundę zabiera dwa długopisy, czy jest religijny, odniósł się też do sytuacji w Donbasie. Bardzo mi się spodobała jego wypowiedź, w której stwierdził, że życie ludzkie jest największą wartością i ci, którzy za tę wojnę odpowiadają powinni się jak najszybciej porozumieć, by nie ginęli niewinni ludzie. Wywiad czyta się z zapartym tchem. Wasilij Michajłowicz to głęboka, wielowymiarowa osobowość. Najbardziej urzekły mnie końcowe frazy tego wywiadu, w których opowiadał, że lubi patrzeć i na ogień i na wodę, bo to go uspokaja. Na turnieju w Monako, w którym grał dwadzieścia razy z rzędu, często siadał na takim parapecie, z którego, z dużej wysokości, można było spoglądać na morze:

 "I po partii, szczególnie jeśli źle zagrałem, spoglądałem z uwagą na morze i wyobrażałem sobie, jak moje nieudane posunięcia obmywa morska fala. I, w ten sposób, tak jakbym się oczyszczał, nastrajałem się na następną partię, albo po prostu uspokajałem się".

Ładnie powiedziane, prawda? Na turnieju w Gibraltarze moją tezę o hermetyczności elity światowej wspomógł... sam Veselin Topałow. Otóż, Bułgar oznajmił, że nawet nie pamięta kiedy ostatni raz grał w jakimś "openie". Co się tyczy samego Gibraltaru, stwierdził, że to silny turniej i nareszcie spotka nowe twarze, gdyż w top-turniejach grają jedni i ci sami szachiści i to jest nudne. A więc, moja teza, mocno ostatnio nadwątlona, nieoczekiwanie ożyła. Jak zwał, tak zwał, zmagania zapowiadają się ciekawie. Marcie i Mateuszowi życzę powodzenia i samych najlepszych partii! 

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Magnus Carlsen zwycięstwem w turnieju "Masters" Tata Steel Chess potwierdza swoją dominację w światowych szachach!


I to już koniec zmagań w Holandii. Magnus Carlsen? To robi wielką różnicę! I dobrze, że tak wspaniały gracz jest Mistrzem Świata, że reszta ma kogo gonić. Ale dorwać go będzie bardzo, bardzo trudno. Przynajmniej na ten moment Norweg przerasta o głowę swoich przeciwników w rozumieniu gry. Jakież te szachy są jednak zasobne - pojawia się jakiś twórca i burzy spokój, z góry ustalony porządek i hierarchię. Nie widzę szachisty na horyzoncie, który mógłby nawiązać równorzędną walkę z Carlsenem. Kto wie? Może za jakiś czas Chińczyk Wei Yi? Choć Chińczycy potrafią niesamowicie progresować, a potem po dojściu do pewnego pułapu stają w miejscu. Nie jestem pewien, czy ten wicher nadciągnie właśnie z Chin. Z Federacji Rosyjskiej na pewno nie. Choć to kraina szachowa mlekiem i miodem płynąca, to gdyby tak na spokojnie się zastanowić, kto z Rosji mógłby pokusić się o wydarcie tytułu MŚ Wikingowi, można mieć poważny dylemat. Wielu w Karjakinie upatruje przyszłego pogromcę Magnusa. A ja śmiem wątpić. Jak na razie króla w szachach mamy tylko jednego i nie widać końca jego panowania...

Występ Radka Wojtaszka jest bardzo niejednoznaczny. Gdyby zajął odległe miejsce i nie miał doskonałego rezultatu z pierwszą trójką światowego rankingu, sprawa byłaby jasna. W takim wypadku o ocenę jest trudniej. Wygranymi z Magnusem i Fabiano sprawił mi wielką frajdę i za to chciałem mu w tym momencie podziękować. Jednak po całym występie Polaka oczekiwałem więcej. Widać było duże problemy kondycyjne naszego szachisty - od początku grał swoje partie z dużą siłą, a potem, przynajmniej tak to wyglądało z boku, brakowało sił, pojawiały się przeoczenia i wymęczone przewagi szły na straty. Strasznie nierówno grał nasz arcymistrz. Jeden z komentatorów napisał tak: 

Carlsen chyba to powiedział o Wojtaszku. Dobry strateg, slaby taktyk. Abstrahując, generalnie im dalej w partii tym gorzej (bez debiutów). To jakis dramat psychiczny. Z mega ekstazy ( dwie super wygrane) do powrotu braku zaufania, odwagi i nade wszystko pewności siebie. Mam dwie spektakularne wygrane, zagram poprawnie. Czysty minimalizm. Nie otworzył się na własne możliwości, nie zaufał intuicji i swojej sile gry. Oszołomiony dwiema wygranymi, w euforii i glorii że umiał się odnaleźć wśród najlepszych chciał zrobić wynik. Nie chciał sie dowiedzieć tak naprawdę gdzie jest w tym szachowym świecie. Psycha, po prostu psycha.

Możliwe, że to ocena bliska prawdy. W naszym arcymistrzu jest bardzo duży potencjał. Chciałbym, żeby po tym doświadczeniu zagrania w jednym z najsilniejszych turniejów na świecie, uwolnił ten potencjał, żeby już "psychika nie przeszkadzała". Przed Radkiem Wojtaszkiem jeszcze wiele lat grania w szachy, ma wiele czasu by wszystko przemodelować, poprawić i udoskonalić. I ja wiem, że on to zrobi, bo kogoś tak oddanego szachom bardzo trudno znaleźć. Czekam na kolejne występy Radka Wojtaszka i będę jak zwykle mocno mu kibicował. Radek - dzięki za ten turniej :)! To był dla mnie prawdziwy emocjonalny rollercoaster! ;).

Chciałem też podziękować wszystkim za tak liczne odwiedziny i komentarze. Bywały dni, że liczba ludzi odwiedzających mojego bloga przekraczała ilość żołnierzy w pułku! Poza tym na profilu na facebooku jest już blisko 650 polubień strony. To już prawdziwa armia! Cieszę się bardzo i dziękuje wszystkim za maile, prywatne rozmowy oraz okazaną sympatię. To co? Słyszymy się podczas Mistrzostw Europy, które rozegrane zostaną w Jerozolimie w lutym? A więc, do zobaczenia i usłyszenia!:) 


sobota, 24 stycznia 2015

Radek Wojtaszek jest już cieniem samego siebie w Wijk aan Zee. Magnus Carlsen bliski zwycięstwa w holenderskim superturnieju!


Szachowy "Mag", Magnus Carlsen z dnia na dzień, z każdą partią, jest coraz bliżej wygranej w holenderskim superturnieju. Jego piękny ciąg przez, już nawet nie pamiętam ile rund, pozwala mu teraz kontrolować sytuację i spoglądać uważnie w dół na tych, którzy mogą mu zagrozić. A szczęście mu sprzyja. Giri wciąż piłuje So, ten marzy o remisie, ale raczej go nie wywalczy. Gdyby So wygrał, mielibyśmy korespondencyjny pojedynek, pomiędzy nim, a Mistrzem Świata, jednak ten scenariusz jest mało prawdopodobny.

 Zeszło ze mnie powietrze - znacie mnie już na tyle, że nie jest dla was niespodzianką, jak reaguję. Tracę ochotę na ten turniej - przecież chodziło mi o naszego arcymistrza. To dzięki niemu tyle czasu poświęciłem tym zmaganiom. Gdyby Radek Wojtaszek nie grał w Wijk aan Zee, najprawdopodobniej spoglądałbym na te zawody kątem oka. Wygrane z Carlsenem i Caruaną to był zaledwie błysk, ładny bo ładny, ale błysk, flash. Odnoszę takie wrażenie, że nasz reprezentant nie wytrzymuje kondycyjnie trudów tego maratonu. On był jednym z tych, którzy grali swoje partie najdłużej. Tak to teraz wygląda, jakby starczało mu sił na góra 2\3 całej partii do rozegrania...
 Hmm... Nie wiem co jeszcze mam napisać. Boli mnie głowa i średnio mam pomysł na dłuższą dysertację. Ale od czego mam was, czytelników ;)? Wy pewnie też jesteście cokolwiek zmłóceni, nie? No jak tam się czujecie? Ja nie za ciekawie. Może, gdyby nie było tych kilku fajnych dni, inaczej bym do tego podszedł, z większym dystansem. Ale pisanie z dystansem nie było nigdy moją mocną stroną. Emocjonalny jestem człek i tyle w temacie. 

Jutro zobaczymy króla współczesnych szachów dopisującego sobie kolejne zwycięstwo w jego przebogatej karierze sportowej. Tak sobie teraz pomyślałem. Fajnie byłoby być Norwegiem, mieszkać na przykład w Arendal, mieć na imię Vegard i tam bawić się w szachoblogowanie ;). Byłoby o czym pisać, nie? :) Dobra, mniejsza z tym. Giri już dociska,  druga dama na desce, więc Wiking jutro ma ułatwione zadanie, ma nie przegrać. A, że trafia na Saricia, to powinien się sprawić, maładjec. Nie zapomnijcie - jutro runda rusza o godzinie dwunastej!


piątek, 23 stycznia 2015

Złe wieści napływają z Holandii - Radek Wojtaszek przegrał kluczową partię z Ding Lirenem! Magnus Carlsen wciąż na prowadzeniu!



Bardzo szkoda tej, dobrze rozgrywanej do pewnego momentu przez Radka Wojtaszka partii. Zagrano "królewsko - indyjską", w której Ding Liren ma niemałe doświadczenie - to jego koronny debiut czarnymi, gdy białe zagrają 1.d4. To była pełna treści partia - były pozycyjne ofiary, ładne starcie w centrum szachownicy, a większa część spotkania należała do naszego zawodnika. Ale w szachach nie liczy się dobrych, lepszych, czy wygranych pozycji, tylko punkty w tabeli, tak jak w innych dyscyplinach...

 Z drugiej strony to wszystko wygląda dość dziwnie. Nasz reprezentant robi 2.5 pkt. z 3 z pierwszą trójką, a tak fatalnie układa mu się gra z resztą. W sumie nie wiem co bym teraz wolał - nawet gorsze wyniki z tą pierwszą trójką Polaka, a ostatecznie wysokie miejsce w końcowej tabeli, czy te wygrane co miały miejsce, a dalsze końcowe miejsca. Ja tam mogę sobie chcieć, a i tak mam co mam. Radek zatrząsł przez moment szachistami ścisłej czołówki światowej, a z tymi, którym miał zabierać punkty, z tymi relatywnie łatwiejszymi do ogrania, zaczął tracić. I to dużo tracić. Jutro Sarić, a nasz arcymistrz będzie miał czarne. Sarić jest wdzięcznym obiektem do tego, by pozostawić go z tym samym dorobkiem punktowym. Tego turnieju Chorwat nie będzie zbyt dobrze wspominał - jedna wygrana, sześć przegranych, reszta remisy.

 Jobavy w tych zawodach po prostu nie ma. Dziewięć przegranych, remis i jedna wygrana to straszny osiąg. Po dzisiejszej, kompromitującej przegranej z Yifan Hou (podstawił gońca w jedno tempo!) już jest na "live" daleko poza grupą 2700+. Powiem wam, że nie widać po nim tego wszystkiego. Wczoraj w Hadze, pozując do zdjęć i filmów przed holenderskim parlamentem, obejmował kolegów w przyjacielskich gestach, śmiał się i nieźle bawił. Nikt nie miałby najmniejszych szans, by zorientować się po Gruzinie jak koszmarne zawody rozgrywa.

Do Radka.B - słuchając wypowiedzi Carlsena o Radku Wojtaszku, miałem wrażenie, że mówił bardzo ogólnie. Zresztą o innych arcymistrzach też mówił jak na mieszkańca Skandynawii przystało oszczędnie i z dystansem. Wydaje mi się, że w ogóle w samym Magnusie jest jakiś trudny do zdefiniowania dystans. On jest na swój sposób sympatyczny, często się uśmiecha, gdy trzeba dobrze pozuje, ale jest w nim też jakieś takie oddalenie, chłód. Nie wiem, czy wiesz co mam teraz na myśli. Zresztą to trudno tak opowiedzieć. Stąd, poproszony o opinię o różnych arcymistrzach, nie był w stanie mówić wprost, co o nich myśli, tylko wypowiadał dość stereotypowe opinie. Gdyby takie pytania trafiły do jakiegoś stu procentowego ekstrawertyka, dowiedzielibyśmy się pewnie o wiele więcej i znacznie ciekawszych historii.

Dwie rundy do końca. Co się stanie tam, w górze? So, który gra fenomenalny turniej, ma już Carlsena na wyciągnięcie ręki. Emocje są. Szkoda tylko, że Radek nie włączył się do gry o czołowe lokaty. Mam nadzieję, że ostatnimi rundami poprawi swoje miejsce w tabeli.


środa, 21 stycznia 2015

Arcymistrzowie przenieśli się do Hagi i zagrali w centrum prasowym holenderskiego parlamentu! Iwanczuk przerywa passę Carlsena, Wojtaszek remisuje z MVL!



Turniej powoli wkracza w decydującą fazę. Dzisiejsza runda została rozegrana w centrum prasowym parlamentu Holandii co jest bardzo nobilitujące zarówno dla szachistów jak i  dla naszej dyscypliny.

 Haga. Miasto, które przyjmowało nie takie turnieje. W tym mieście ważyły się nawet losy tytułu mistrza świata! W 1948 roku rozegrano w Hadze turniej, w którym położono  wreszcie kres szachowemu bezkrólewiu. Ale nie będziecie ze mną mieli łatwo, i kawy na ławę nie wyłożę. W tym momencie mam dla was zagadkę: kto uczestniczył w turnieju w Hadze w 1948 roku (proszę podać pełny skład) oraz kto wygrał te zawody? Acha! I piszemy z pamięci, nie szperamy po Wikipediach!:)

W związku z tym, że Polak z Francuzem zremisowali dość szybko swój mecz (przewidziałem "tasiemca", wynik i nawet trafiłem, mniej więcej na wysokości którego ruchu Radek zacznie głębiej się zastanawiać, natomiast całkowicie nie trafiłem w otwarcie!) dlatego skupiłem moją uwagę na pojedynku Caruany z Jobavą. Jobava tym razem spróbował zagrać nieco inaczej i ustawił się trochę po "carlsenowsku". I to nie przeszło! Gruzin w tym turnieju jest jak oceaniczna stynka, która w strefie wody zwanej pelagialem pływa w stadzie, a wokół niej kłębią się wygłodniałe rekiny. Nic się na to nie poradzi. Takie są reguły turniejów kołowych - osłabione osobniki szybko stają się ofiarami ataków tych silniejszych.

Wygrał Wan Wely z Yifan Hou jednak ten wynik nie jest szczególnie istotny. Istotne w tej rundzie były wygrane tych, którzy są w grupie pościgowej, próbującej dorwać Magnusa Carlsena. Norweg zremisował, a skorzystała na tym reszta, oraz ja - kibic, wygłodniały ścinających z nóg emocji w ostatnich rundach.

 Popatrzmy na tabelę. Prowadzi Carlsen. Za nim czai się So z MVL z punktem straty. Następni to - Iwanczuk, Giri, Caruana, Ding - 1,5 pkt. straty do lidera itd. Powoli zawiązuje się ciekawa intryga. Zaczyna dochodzić do głosu zmęczenie - turniej jest 13 - rundowy. Zaczną też dochodzić do głosu nerwy, zwłaszcza tych, którzy liczą jeszcze na wysokie miejsca w tabeli.
 Kogo ma Radek, spoglądamy jeszcze raz. Pojutrze (jutro jest ostatni dzień wolny) zagra białymi z bojowym Ding Lirenem. Liczę, że nasz arcymistrz podejdzie do swojego przeciwnika pryncypialnie i zagra na wygraną. Tutaj nie chodzi o to, by do końca turniej dotrwać. Potem Polak dostanie czarnymi Saricia, którego turniej "Masters" po prostu przerósł. Swoją drogą szachy (a gra turniejowa w szczególności) kryją w sobie wiele aspektów relatywnych. Sarić wygrał Tata Steel Chess turniej "B" rok temu, w którym to turnieju nasz arcymistrz nie błysnął. Teraz obaj grają w "A" i gdzie jest Sarić, a gdzie jest Polak!? Można różnie do tego podchodzić, przecież minął cały rok i wydarzyło się wiele, niemniej jednak liczę bardzo na to, że Radek dobierze się do skóry Chorwatowi. Są na to duże szanse, gdyż ten wygląda na odrobinę zdemoralizowanego - pięć porażek musi boleć. Na koniec Radek zagra białymi z Girim, a więc kolorystykę mamy miłą dla oka, sprzyjającą naszemu arcymistrzowi. Po krótkim, jednodniowym antrakcie czeka nas ostatnia odsłona tego fantastycznego turnieju!


wtorek, 20 stycznia 2015

Wojtaszek remisuje z Iwanczukiem, a Magnus Carlsen wygrywa szóstą partię z rzędu!!



Kolejny kolaps w partii Baadura Jobavy. Szkoda, że wszystkim tak się darzy w meczach z Gruzinem, a tylko Radkowi Wojtaszkowi powinęła się noga. Aronian oznajmił po partii, że mniej woli grać z solidnymi przeciwnikami, a znacznie wyżej ceni sobie grę z szachistami grającymi twórczo. Ormianin szykował się na długą przeprawę, a wszystko zakończyło się nadzwyczaj szybko...
 Wiecie jak kończy się większość ormiańskich bajek? "Z nieba spadły trzy jabłka. Pierwsze, dla tego, kto opowiadał. Drugie dla tego, kto słuchał. Trzecie dla tego, kto zrozumiał". Lewon opowiedział dziś Jobavie krótką bajkę. Ten wysłuchał i ostatecznie zrozumiał, że jest poza grą, poza turniejem. Jak ciężko się gra Ormianinowi w tym turnieju świadczy fakt, że była to jego pierwsza wygrana.

Według mnie w momencie podpisywania blankietów, Radek Wojtaszek miał ciut lepiej - miał fajniejszą strukturę pionową oraz lepszą grę. Czy była szansa próbować to forsować? Spoglądając na pozycję nie czułem, że z tego coś konkretnego może się urodzić. Obaj przeciwnicy byli też po przegranych, a remis często się zdarza w takich sytuacjach.

Wiking łupi dalej w najlepsze. Dzisiaj nie pozwolił niejakiemu Timurowi Radżabowowi z Azerbejdżanu, by po 40 posunięciu zegar doliczył mu 50 minut na kolejne 20 posunięć. Piękna partia, w której Mistrz Świata pokazał jak głęboko rozumie partię hiszpańską. To co robi Magnus jest jakieś nadludzkie. Zobaczcie - raz przegrał i od tego momentu wpadł w jakiś trans. Ja wam mówię - to jest przybysz z innego wymiaru. A tak już na poważnie to coraz bardziej wątpię, czy jest ktoś, komu uda się wydrzeć tytuł MŚ Norwegowi. Przecież on tych najlepszych współczesnych bije o klasę w rozumieniu szachów, w grze pozycyjnej, strategii. Może nie jest Talem, w swej nowszej grze stosunkowo rzadko kombinuje ale jest strategicznie tak mocny, że takich przesileń w materiale w znacznej części jego partii po prostu nie potrzeba.

Jutro Radek zagra z MVL. Stawiam na Najdorfa w "sycylijce". Pójdzie "tasiemiec", przeciwnicy będą mieć dużo czasu na powiedzmy 15 posunięć, nie popełnią błędów i podpiszą remis. To jest mój scenariusz na jutro, a jaki jest wasz? Oczywiście, tak sobie tylko tworzę scenariusze dla własnej przyjemności. Ale prawda jest taka, że bardzo bym chciał, żeby Polak zanotował kapitalny "comeback" ogrywając Francuza. Co się wydarzy? Wszystkiego dowiemy się jutro uruchomiając transmisję o godzinie 14 czasu polskiego. Trzymamy mocno kciuki za Radka Wojtaszka!!


niedziela, 18 stycznia 2015

Carlsen wygrywa piątą partię z rzędu! Trudne chwile Radka Wojtaszka w turnieju Tata Steel Chess!



Nie jestem w nastroju, więc nie będę się silił na jakieś rozbudowane analizy. Wszystko topnieje w oczach, niczym śnieg w kwietniu -  dobre miejsce w tabeli Polaka, jego wirtualny ranking "live", moja kibicowska pewność siebie...
 Z doskonałego turnieju może się zrobić turniej przeciętny, a nawet słaby, choć wygrane nad czołowymi szachistami świata nie przeszłyby, to jest oczywiste, bez echa. Nie jestem w głowie Polaka i bardzo ciężko mi pojąć, co się mogło stać. Oczywiście, pierwsze o czym pomyślałem, to o nadmiernym rozluźnieniu po tych cennych wygranych. Mogło coś takiego mieć miejsce. Lub nie zmieniło się specjalnie nic, a Radek zagrał po prostu dwie gorsze partie. Wolałbym, żeby chodziło o tą druga opcję. To dobrze, że jutro jest dzień wolny od gry. Radek Wojtaszek będzie musiał się uspokoić, przegrupować szyki i z nową energią ruszyć na kolejnych rywali. To są na pewno ciężkie chwile naszego szachisty w Tata Steel Chess i warto, żeby wiedział, że kibice są z nim.

Przegrał wreszcie Iwanczuk. Czułem, że przypływy i odpływy następujących po sobie rund, wcześniej czy później go podtopią. A rywali przed sobą ma naprawdę silnych i rządnych krwi. Pojutrze spotka się z Radkiem Wojtaszkiem. Radek będzie miał białe. Nic już nie będę przepowiadał, ani wieszczył - nie wychodzi mi to za specjalnie. Wczoraj nie miałem złych przeczuć co do dzisiejszego meczu Polaka, a co się zdarzyło? Swoją drogą Radżabow tę końcówkę grał jak automat. No może nie jak automat, to niezbyt fortunne określenie, ponieważ może się komuś skojarzyć ze słynnym automatem van Kempelena, a ten z taką siłą zakończeń nie rozgrywał ;). Timur Radżabow grał tę partię jak niezły moduł - po prostu na  wysokim poziomie i bez większych błędów.

A Wiking? A Wiking swoje. Załapał kolejny "odlot" i reszta uczestników patrzy już na niego z dołu, gdyż w tym momencie jest na samodzielnym, nie dzielonym, pierwszym miejscu. To jest dopiero zawodnik! To jest, Moi Drodzy, Wielki Mistrz! Moim zdaniem, Magnus wciąż nie wykorzystuje swojego ogromnego potencjału. Sądzę, że w nim drzemią jeszcze duże rezerwy. W tym turnieju musiał mu ktoś upuścić krwi, żeby się obudził. Ale jakież to było przebudzenie. Od pięciu rund trwa corrida i tłum ucieka gdzie popadnie, skacze na ogrodzenia, zapanowała panika i strach. Co będzie dalej? Mistrz Świata pojedzie do samego końca turnieju w takim stylu? Zerknę kogo jeszcze tam ma... Radżabowa, Iwanczuka, MVL, Dinga i Saricia. Myślę, że nie uda mu się kontynuować serii zwycięstw do samego końca - to byłby jakiś międzygalaktyczny wyczyn, ale można o nim, już teraz, zacząć myśleć w kategoriach przyszłego triumfatora turnieju "Masters". 

Radkowi uciekają koledzy. Do Carlsena ma 2, do So, MVL i Dinga 1,5 pkt. straty. To dużo. Bardzo bym pragnął aby Radek odbudował się po tym dniu wolnym od gry i ruszył "pełną parą" do przodu. Przeciwnicy są bezlitośni i czekają tylko na takie chwile słabości dlatego pora, by znów odwróciły się role i to nasz arcymistrz zaczął bezlitośnie punktować rywali.


sobota, 17 stycznia 2015

Radek Wojtaszek przegrywa z Baadurem Jobavą, a Carlsen dalej idzie jak burza!


No to wykrakałem z tym pojedynkiem z Jobavą! I cóż zrobimy z tym fantem? Ano nic. Możemy ewentualnie porozmawiać sobie, coby nam się lżej na duszyczkach zrobiło. Przed partią Radka z Jobavą łamało mnie w kościach, byłem niespokojny i coś tam wietrzyłem nosem. Wiele wskazywało na to, że ten mecz będzie szczególnie ciężki dla naszego reprezentanta. Gruzin Polakowi wybitnie nie leży, a ta partia przypieczętowała tylko dominację jednego nad drugim. To bardzo trudny do zwalczenia psychologiczny "moment".

 Tak to w szachach nieraz bywa. Są sytuacje, w których odwieczni rywale, o zbliżonej sile gry, mają zadziwiająco nierówny bilans spotkań między sobą. Mam nadzieję, że ta przegrana wpłynie na Polaka mobilizująco - chciałbym, żeby przekuł ją na serię wygranych.

 Carlsen zanotował dziś czwartą z rzędu wygraną, a jutro zagra z Jobavą i najprawdopodobniej będzie się bił o samodzielne prowadzenie w turnieju. Bardzo długo (ponad 100 posunięć!) męczył Giri Iwanczuka w końcówce hetmańskiej z pionem więcej, jednak partia zakończyła się remisem. W tej rundzie więcej było wygranych - przegranych, niż remisów. W związku z tym sytuacja turniejowa naszego szachisty pogorszyła się znacznie, ale w dalszym ciągu nie jest zła. Teraz jest szósty, a do prowadzących Iwanczuka i Carlsena ma punkt straty. Nad nim jest jeszcze So, MVL oraz Ding. A więc? Wszystko jest możliwe!

 Zobaczmy kogo jeszcze ma Polak w turniejowej rozpisce. Jutro Radżabow. Polak czarnymi. Jakoś ciśnienie mi nie skacze, gdy o tym piszę, więc myślę, że będzie dobrze. Po jutrzejszej rundzie nastąpi jednodniowa przerwa i Radek Wojtaszek dostanie Iwanczuka mając białe bierki. Po meczu z Ukraińcem spotka się z MVL, znów wolne i już do samego końca: Ding, Sarić i Giri. Co sądzicie? To nie jest zły układ, nie? Pod warunkiem, że nasz arcymistrz wyłuska gdzieś jakieś wygrane. Remisy nic już nie dają. One mogą zapewnić jedynie bezpieczne miejsce w środku tabeli, a przecież nie o to chodzi. Przydałoby się pobić o najwyższe miejsce. Wiele z tych moich dywagacji nie wynika, niestety. O wszystkim i tak decyduje boisko, zwane w szachach potocznie szachownicą ;).