czwartek, 11 lutego 2016

"Szaleniec na tylnym siedzeniu autobusu"


Gdzieś na przecięciu dwóch moich pasji - szachów i literatury - zawsze dzieją się bardzo interesujące historie. Myślę, że w tym miejscu jest znacznie ciekawiej, niż w przypadku moich relacji z turniejów szachowych, choć jest to, jasna sprawa, rzecz gustu. Jednym ze skrzywień, którego najprawdopodobniej nie pozbędę się do końca życia, jest moje nieustanne polowanie na wątki szachowe w czytanych książkach. Czasami pożyczam coś, wiedząc, że znajdę tam szachowy wątek, niekiedy napotykam na jakiś tekst zupełnie niespodziewanie.

 Tak się zdarzyło niedawno, gdy dorwałem książkę, która jest zapisem korespondencji pomiędzy dwoma wielkim współczesnymi pisarzami: Paulem Austerem i Johnem Maxwellem Coetzeem (ten ostatni otrzymał literackiego Nobla w 2003 roku). Paul Auster jest przede wszystkim autorem "Trylogii Nowojorskiej", wyreżyserował także film "Dym" z Harveyem Keitelem w roli głównej. Przedstawiać autora "Hańby" byłoby rzeczą mocno skomplikowaną (Austera też zresztą). To płodny pisarz, bardzo złożona osobowość, więc jeśli ktoś ma ochotę, łatwo znajdzie potrzebne informacje na wielu innych domenach. Generalnie są to intelektualiści z najwyższej półki i nie jest bez znaczenia, do jakiej wymiany zdań między nimi doszło, w jednej z licznych korespondencji, a rzecz dotyczyła szachów właśnie. Pozwolę sobie trochę obszerniej zacytować. Przeczytajcie proszę, sądzę, że ta opowieść właściwie, jest naprawdę wstrząsająca...


                                                                                                                   6 kwietnia 2009 r.


Drogi Paulu!

  Zanim opowiesz mi, co sądzisz o przyjemnościach płynących ze współzawodnictwa, muszę poczynić pewną uwagę.
Gdy miałem dwadzieścia parę lat, z dużym zaangażowaniem grałem w szachy. Przez długie lata moja praca polegała na pisaniu kodów do komputerów i proces ten tak głęboko mnie wciągnął, że czasami czułem się, jakbym wstępował w obszar szaleństwa, w którym mózg zostaje podbity przez logikę maszyn.
Miałem wystarczająco dużo rozsądku, by porzucić komputery i przeprowadzić się do Stanów Zjednoczonych na studia podyplomowe. Na pokładzie statku płynącego przez Atlantyk (tak, w owych czasach, jeśli miało się mało pieniędzy, można było podróżować statkiem - trwało to pięć dni) wziąłem udział w zawodach szachowych i udało mi się dotrzeć do finału, w którym moim przeciwnikiem był niemiecki student inżynierii o imieniu Robert.
Grę rozpoczęliśmy o północy. O świcie wciąż siedzieliśmy pochyleni nad szachownicą. Robert był o jedną figurę do przodu, ale ja miałem przewagę taktyczną. Opuścili nas ostatni widzowie - chcieli zobaczyć Statuę Wolności. Zostaliśmy sami.
- Proponuję remis - powiedział Robert.
- OK - odparłem.
Wstaliśmy, uścisnęliśmy sobie dłonie i spakowaliśmy szachy.
On miał przewagę w figurach, a ja taktyczną: remis był uczciwym kompromisem, prawda?



J. M Coetzee.


Przycumowaliśmy. Byłem w owianym legendami Nowym Jorku. A jednak nie opuszczał mnie nastój zawodów, nastrój intelektualnej ekscytacji, gorączkowy i lekko niezdrowy, niemal jak prawdziwe zapalenie mózgu. Nie interesowało mnie otoczenie. Coś cały czas we mnie brzęczało.
Przeszliśmy z żoną przez odprawę celną i poszliśmy na stację autobusową. Mieliśmy pojechać innymi autobusami: ona do Georgii, by zatrzymać się u przyjaciół, a ja do Austin, poszukać dla nas mieszkania. Pożegnałem się z nią z roztargnieniem. Chciałem jedynie zostać sam, by móc rozpisać ostatnią rozgrywkę szachową na papierze i rozwiać wątpliwość, która nie dawała mi spokoju. Całą drogę do Teksasu w autobusie (dwa, trzy dni?) spędziłem nad notatkami. Moje przeczucie było słuszne. Czarne nie miały szans. Jeszcze trzy ruchy i Robert Niemiec musiałby skapitulować. Źle zrobiłem, zgadzając się na remis.
Powinienem był pić z okazji pierwszego kontaktu z Nowym Światem. Powinienem był planować nowe życie, które otwierało się przede mną. Ale nie, byłem w szponach gorączki. Po cichu opanowywała mnie dzika wściekłość. Byłem szaleńcem na tylnym siedzeniu autobusu.
To właśnie przychodzi mi do głowy, gdy piszesz o przyjemnościach płynących ze współzawodnictwa. Mnie kojarzy się ono nie z przyjemnością., ale ze stanem opętania, gdy umysł skupiony jest na jednym absurdalnym celu: pokonać obcego człowieka, który nic dla mnie nie znaczy, którego nigdy wcześniej nie widziałem i już więcej nie zobaczę.
Wspomnienie ataku tej koszmarnej emocjonalnej nadaktywności sprzed niemal pół wieku sprawiło, że już nigdy nie chciałem być zwycięzcą, pokonać jakiegokolwiek przeciwnika i znaleźć się na szczycie. Nigdy więcej nie zagrałem już w szachy.
Uprawiałem sporty (tenis, krykiet), dużo jeździłem na rowerze, ale jedynym moim celem było wypaść tak dobrze, jak potrafię. Wygrana i przegrana nie miały żadnego znaczenia.

"Tu i teraz". Listy 2008-2011
Paul Auster, John Maxwell Coetzee 
Wydawnictwo: Znak str. 49-51


                                                                                                                    8 kwietnia 2009r.


Drogi Johnie!


(...) Twoja opowieść szachowa - która jest rodzajem horroru - zmusiła mnie do przemyślenia na nowo, co rozumiem przez pojęcie "współzawodnictwo".
(Od lat nie grałem w szachy, ale sam także w wieku dwudziestu paru lat byłem nimi pochłonięty. Bez wątpienia jest to najbardziej obsesyjna i szkodliwa dla umysłu gra wymyślona przez człowieka. Po pewnym czasie przyłapałem się na powtarzaniu ruchów szachowych podczas snu - i zdecydowałem, że muszę przestać grać bo oszaleję.) 


"Tu i teraz". Listy 2008-2011
Paul Auster, John Maxwell Coetzee 

Wydawnictwo: Znak str. 52


Paul Auster.

(...) Innymi słowy zgadzam się z Tobą. Celem nie jest zwyciężyć, ale zagrać dobrze, najlepiej jak się umie. Twoja rozgrywka szachowa z obcym człowiekiem na pokładzie statku postawiła Cię twarzą w twarz z jakąś demoniczną częścią Ciebie i gdy zdałeś sobie sprawę, czym się stajesz, wycofałeś się z obrzydzeniem. Nigdy nie przeżyłem podobnego objawienia. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by kiedykolwiek zależało mi na wygranej tak bardzo jak Tobie podczas rozgrywki z niemieckim studentem w 1965 roku.


"Tu i teraz". Listy 2008-2011
Paul Auster, John Maxwell Coetzee 
Wydawnictwo: Znak str. 54




Cóż mogę dodać od siebie, a co wy możecie dopowiedzieć? Moje szachowe wyprawy z kolegą Karolem przeszły już chyba do kanonu. Wspominamy często przy piwie o różnych naszych turniejowych historiach i epizodach, a zwłaszcza powrotach z rund. Kilka razy występowaliśmy na "Cracovii", wiadomo, to przełom roku, zima, a my w nocy, wracaliśmy do domu samochodem. Mroczny krajobraz przewijający się za oknami pojazdu nie miał dla nas żadnego znaczenia. Tkwiliśmy wciąż w naszych grach. Rozgorączkowani opowiadaliśmy sobie o wygranych, pomyłkach przeciwników, naszych pomyłkach i przegranych. Gdyby ktoś nagrał te nasze rozmowy, albo ewentualnie miał z nich stenogramy, mógłby podejrzewać nas o jakiś ciężki syndrom, o stan choroby umysłu. To było jak w listownej korespondencji pomiędzy tymi wielkim pisarzami: uczucie graniczne, stan tuż przed szaleństwem z pełnymi jego objawami. Gdy Karol przegrywał, a ja wygrywałem, nasze umysły działały na zupełnie innych rejestrach, podobnie było, gdy Karol wygrywał, a ja przegrywałem. Ideałem było gdy wygraliśmy w dany dzień obaj (rzadka rzecz), wtedy jeszcze wygrana dawała nam nieco sił na rozmowę. Nie napiszę wam, co się działo, gdy ktoś z nas zaliczał serię przegranych, przy wygranych tego drugiego. Naprawdę bardzo trudno opisać, jak wyglądały wtedy nasze powroty. To są dodajmy szachy amatorskiego poziomu, a co się odbywa tam wyżej, a na szczycie jak jest? To jest stan permanentnego zapalenia mózgu, jak mniemam. To ciemna strona naszej dyscypliny, to ołowiana chmura, do której szachiści po prostu przywykli, natomiast ludzie nie związani z szachami, mogą sobie różnie myśleć, będąc świadkami tego ciężkiego opętania, na przykład załapując się z szachistami po rundzie na pokład samochodu. Napiszecie mi o waszych ciężkich powrotach z rund? A jak płynie u was czas podczas turniejów? Jesteście znośni dla swoich bliskich, czy muszą was omijać szerokim łukiem?


Zdjęcie J. M. Coetzee ze strony: http://www.theoccidentalobserver.net/authors/Webb-Coetzee-Disgrace.html

Zdjęcie Paula Austera ze strony: http://www.psychosonda.pl/paul-auster-dziennik-zimowy/

piątek, 5 lutego 2016

Nakamura po raz drugi bierze Gibraltar! Polacy daleko i ze stratami rankingowymi!


Trochę ostatnio gubię wątki, dlatego dziś, aby nic mi nie umknęło, wypunktuję sobie wszystko. Raz zaczętą robotę trzeba zakończyć, a o finale turnieju w Wijk aan Zee na przykład, nic nie napisałem. Mea culpa. A więc:

1) Magnus Carlsen - chyba każdy ze współczesnych, liczących się arcymistrzów, marzyłby  o takim przejściowym kryzysie, by spaść na rankingu do 2820 elo i po doskonałej grze zregenerować swój astronomiczny rank do niedostępnego  dla wszystkich 2850 elo. Magnus to król, zawsze czekam na jego starty i nie nudzę się, gdy grają ci sami szachiści, mając między sobą Magnusa, patrzę tylko na niego. Norweg jest nieuchwytny, już, już paru myślało, że reszta go wchłonie i nie będzie mógł się wzbić ponownie ponad przeciętność. Nic z tych rzeczy. Tron okupuje wielki szachowy wojownik, to czas Magnusa.

2) Elita szachowa jakby chciała mnie ukarać za heretyckie deklaracje i podjęła piękny finisz w Gibraltarze. Finał Nakamura-MVL jest znamienny - pierwsza dziesiątka świata walczyła o wygraną i nikt inny, przypadkowy nie trafił do finału. Pomocną dłoń w kierunku mojej upadającej teorii wyciągnął Anand, który przeżył w Gibraltarze prawdziwy horror. Wszyscy patrzyli na jego pojedynki i nie mogli za bardzo ogarnąć, co się dzieje z wielokrotnym mistrzem świata. Trudno jest określić, nie porozmawiawszy wcześniej z Vishym, co konkretnie było przyczyną jego tak słabego występu. Zapewne za jakiś czas dowiemy się, dowiemy się też, w którym jest miejscu, gdy zagra w następnym turnieju.

3) Jeśli chodzi o grę Polaków, to nie zamierzam skamleć jak zawsze, gdy nie udaje się im zaistnieć. Mam już jaki taki dystans - średnio kręci mnie spalanie się przez większą część zawodów, by pod koniec dostawać obuchem po głowie. W sumie był czas przywyknąć do takich występów - no wyliczcie mi ile to tych radości mieliśmy w związku z triumfami naszych? Cieszymy się, że Radek Wojtaszek ograł Wikinga, no spoko, fajna sprawa, ale tutaj nie chodzi o to, by oglądać dobre momenty naszych, a o turniejowe zwycięstwa. Nie wiem czemu tak jest, że gdy dochodzi do kluczowych momentów w zawodach, które decydują o sukcesie lub marnym występie, gra Polakom sypie się, a inni potrafią grać bojowe, na śmierć i życie partie, o wygraną w turniejach. Potrzeba bezpieczeństwa jest przyczyną, strach, że można przedobrzyć i przegrać? No, może właśnie te obawy powodują, że Polacy lądują tam gdzie lądują, a inni arcymistrzowie cieszą się sukcesami.

4) Nie podoba mi się gra Janka Dudy teraz. To ocena czysto subiektywna. Ćwiczy otwarcia pionem sprzed damy białymi, ale to nie są jego szachy. Szczerze wam powiem, że gdy widziałem jakie struktury dostawał po debiucie, przełączałem transmisję. Jego gra była w tym turnieju nieciekawa, grał blado. Na razie jego gra i wynik nie zachwyciły mnie, choć ciekawi mnie, jaki będzie końcowy efekt tej pracy na debiutem, czy zobaczymy Janka w klubie 2700 +? Życzyłbym sobie tego!

5) Polacy zagrają w Aeroflot open i to będzie nasza następna "ustawka", choć mam nowe pomysły, którymi chciałem się z wami wcześniej podzielić. A co wy sądzicie o starcie Polaków? Jakie są wasze analizy?


wtorek, 2 lutego 2016

W festiwalu szachowym na Gibraltarze honoru szachistów elity broni Maxime Vachier-Lagrave! Kolejna, dobra partia Radka Wojtaszka!


Od jakiegoś czasu debatuję z waszym udziałem nad kwestią, czy jest coś takiego jak elita szachowa, czy też mamy do czynienia ze sztucznie wykreowanym tworem dla potrzeb marketingu oraz organizatorów. Mój wcześniejszy pogląd, jakoby elita szachowa po pewnym czasie przestała istnieć, gdyby rzucić ją na żer wygłodniałej reszty stada, został poddany ciężkiej, empirycznej próbie, natomiast to, co się dzieje na Gibraltarze, jest Niagarą na młyn moich wcześniejszych przemyśleń, których z różnym skutkiem przez jakiś czas broniłem.

 Bo, oto, mamy przed oczami obrazek smutny. Widzimy wielokrotnego mistrza świata na łopatkach, zagubionego, którego biją mistrzowie międzynarodowi. Rankingowo Vishy zalicza straszny pogrom. Ciekawe jak wyglądają rozmowy Radka Wojtaszka z Anandem oraz co mówią Hindusowi liczni rodacy, którzy grają w tym turnieju, włącznie z Suryą Gangulym? Nawet Susan Polgar, opisując horror Ananda, stwierdziła, że właśnie dlatego tak rzadko można oglądać szachistów z pierwszej dziesiątki w openach. Gra Ananda to jedno, jednak inni topowi gracze, w konfrontacji z pozostałymi arcymistrzami, również słabo wypadają. Nakamura, rankingowa "jedynka", ma już cztery remisy przy trzech wygranych i zajmuje miejsce pod koniec drugiej dziesiątki. Indywidualnych, sensacyjnych wyników jest w tym turnieju ogrom, może z tego względu turniej jest dla mnie niezwykle ciekawy. Zobaczymy co się dalej wydarzy. Przed nami decydujące rundy i elita ma jeszcze czas, by rzutem na taśmę, obronić swój honor, emocje są naprawdę duże!

Radek Wojtaszek zagrał "hiszpankę" i sam ten fakt spowodował, że z niekłamaną przyjemnością, choć i z lekkimi obawami, usiadłem przed transmisją tego spotkania. Finał partii był bardzo ładny, to już kolejny, doskonały mecz Radka Wojtaszka w tym turnieju. Dziś zagra ze świetnym Nilsem Grandeliusem i będzie mega-ciekawie. Już poszedł przekaz, mamy strukturę gambitu hetmańskiego, ale jeszcze Grandelius nie zdecydował się na konkretny wariant.

Honoru szachistów elity broni MVL, który jest wysoko i gra skutecznie. Do końca turnieju pozostały trzy rundy. Można wszystko zyskać, można też wszystko stracić. Wygrają szachiści mający silny system nerwowy. Kibicujemy Radkowi Wojtaszkowi i Jankowi Dudzie!!


sobota, 30 stycznia 2016

Majstersztyk naszego superarcymistrza w partii z Tregubowem! Dominacja Magnusa Carlsena w holenderskim turnieju!


Gdybym został zesłany na bezludną wyspę, z możliwością zabrania tylko jednej rzeczy z dwóch - szachów albo książek... wybrałbym książki, (pod warunkiem, że byłyby to książki szachowe ;)). Generalnie szachy dzieją się w naszych głowach i według mnie ten sport zawdzięcza swoją popularność możliwości bliskiego kontaktu z sobą samym, ze swoimi myślami podczas rozgrywki. Czasy są szybkie, a szachy pozwalają nam być bliżej siebie, szachy to wielki powrót do siebie, do własnego "ja". Gdy analizujemy, problemy dnia codziennego nie tyle znikają, co są odsunięte na dalszy plan, dając nam potrzebne wytchnienie.

Wczorajsza partia Radka Wojtaszka to majstersztyk najwyższej próby. Wiecie, partia szachów, pozycyjna, czy taktyczna i zachwyt nad nią, to rzecz gustu. Nigdy nie będę się spierał o to, czy partie "talowskie", takie jak ta ostatnia Dawida Nawary z holenderskiego turnieju, lub ta Wei Yi, są piękne, są, jednak mój gust jest szczególnie nastrojony na takie partie jak ta wczorajsza, Radka Wojtaszka. Kapitalnie się to oglądało. I ten Tregubow, który chyba dopiero na samym końcu zorientował się, że jest już "pozamiatane". Mało kto potrafi tak prowadzić grę, by przeciwnik nie wiedział o co właściwie chodzi na desce. A Tregubow to przecież bardzo doświadczony arcymistrz, który z niejednego pieca chleb jadł. Fantastyka. W sumie od dawna trwa moda na pokazywanie partii taktycznych, matów przy resztce materiału i zdewastowanej strukturze pionowej, dlatego nie wróżę jakoś świetlanej przyszłości temu pojedynkowi, ale ja obojętnie obok czegoś takiego nie potrafię przejść.

Analizuję Gibraltar pod kątem gry szachistów elity z resztą świata. Jest o tyle ciekawie, że chyba już zabrakłoby palców dwóch rąk, by policzyć wszystkie sensacyjne wyniki z tego turnieju, a jesteśmy, mniej więcej, w połowie. Ciekawe, jak się spisze Olimp z resztą świata w końcowym rozrachunku, bo w trakcie turnieju jest wszystko płynne i tylko końcowy wynik jest wiążący.

Magnus ponownie wspina się z rankingiem w niedostępne dla reszty okolice. Kryzys już pozostawił za sobą, dominuje, rozdaje karty, dzieli i rządzi jak to mistrz świata. Chyba pozostanie na prowadzeniu do samego końca. Dziś gra z So. Nie sądzę, by So zagroził Magnusowi w tej partii. Do końca pozostały dwie rundy.


sobota, 23 stycznia 2016

W holenderskim superturnieju Magnus Carlsen włączył napęd na cztery koła!!


Mirek Wolak na końcu swojego komentarza zapytał tak: "W jakim kierunku powinny zmierzać współczesne (ludzkie) szachy, aby były interesujące dla następnych pokoleń?". Myślę, że to zależy nie od szachów, a od kolejnych pokoleń, jakie będą się pojawiać. Problem jest bardzo złożony - na przykład, obecne pokolenie (socjologowie lubią nowemu przychówkowi nadawać nazwę litery z alfabetu) doskonale zna każdą nowinkę techniczną, rozmawia równocześnie z dziesięcioma kompanami na fejsie (każdy z innej części świata) dodajmy, że są to rozmowy powierzchowne. Człowiek z obecnie wchodzącego na rynek pracy pokolenia, ma wiedzę z wielu dziedzin ale niezwykle płytką, rzadko się rusza, czasem musi się przejść po baterie od komputerowej myszki, gdy te padną. Tłumaczę od razu: to nie jest sarkazm. Obecnie, młodzi, w zestawieniu z osobnikami z mojego pokolenia na przykład, skaczą w dal bliżej, w biegu na kilometr potrzebują około 30-40 sek, więcej czasu, by znaleźć się na mecie. Teraz nawet będąc harcerzem i jadąc na wakacje nie dostanie się do ręki siekierki, bo to ostry przedmiot, a jak pada deszcz, czy jest zimno, organizator puszcza dzieciom w tv płonące ognisko i piosenki śpiewane są w domu, przy kominku. Gdyby ktoś chciał młodych nieco "przycisnąć", spróbować nauczyć życia, ci łapią za swój oręż i dzwonią na skargę do rodziców, którzy potem oddzwaniają z pretensjami...

 To są w szerokim bardzo ujęciu badania naukowe, ja oczywiście od siebie dokładam zmysł obserwacyjny. Często widzę, co się dzieje na boisku obok mojego domostwa. Zwykle trzech, czterech tak sobie kopie, odbija piłkę, reszta, piętnastu, dwudziestu, siedzi obok na wałach ze smartfonami w rękach z pozwieszanymi w dół głowami. Poza tym jeśli piłka odskoczy gdzieś dalej, standardem jest kłótnia, kto ma po nią iść. Za moich czasów graliśmy od rana do nocy składami, pięciu na pięciu, czy jak tylko się dało regularne mecze. Teraz powyższy obrazek jest normą.

 Dlaczego ja to piszę, tutaj to piszę? Otóż wszystko to (wiele kwestii opuściłem, to jest temat na cykl, nie na jeden artykuł) ma poważne przełożenie na szachy, na to, dlaczego poziom w szachach się obniżył. To jest też to o czym pisał Maciek Sroczyński, który z przerażeniem opowiadał, co się działo i dzieje na turniejach rangi mistrzowskiej. Młodzi przyjeżdżają jak na wakacje, nie stosują się do żadnego reżimu turniejowego, traktują taki wyjazd jako świetną zabawę. Interesuje ich, już nie pamiętam jak to było, trzy razy "Z", zapamiętać, zagrać, zapomnieć, czy jakoś tak, chodzi o warianty. Trener ma usłużnie podać wariant, którym przeciwnika się załatwi i jest ok. Szachy to tytaniczna praca, wieloletnia i tylko tacy mają w tym sporcie szanse. Żeby grało musi w trójkącie "zawodnik - rodzic - trener" wszystko być na odpowiednim miejscu. Znam wielu trenerów, którzy bardzo się starają i aż ich skręca, gdy słyszą, jak na półfinałach MP rodzice z dzieckiem chcą tylko odbębnić te zawody bo już w domu stoją plecaki, lecą na Wyspy Kanaryjskie, nie mogą się wprost doczekać i jeszcze ciągle o tym bez żadnego skrępowania rozmawiają...

A najgorsze jest to ciągłe słodzenie młodzieży, tworzenie absurdalnego obrazu w dzieciach, że wszystko jest w porządku, jesteście takie inteligentne, z wszystkim sobie poradzicie itd. Na bazie takiego dysonansu tworzy się potem jednostki, które nie są w stanie poradzić sobie z co trudniejszym problemem, niestety, to też potwierdza współczesna psychologia, a szachy to nie jest "co trudniejszy problem", a ogromny problem, bo to piękna, jednak bardzo trudna dyscyplina. Nasza młodzież kończy odpadając w znacznej mierze w przedbiegach, reszta odpada w decydujących momentach, a potem czyta się, że nie było źle, występ można uznać za niezły, że noo... może tutaj mogło być nieco lepiej, ale ogólnie jest o.k i tak dalej. Nie jest o.k. od dawna nie jest o.k naszym dzieciom świat dał dyla, uciekł i jest już nie do złapania, a tu ciągle to słodzenie i słodzenie aż się niedobrze robi. To nie jest z pedagogicznego punktu widzenia do przyjęcia. Nie wiem, ale komuś chyba bardzo zależy na tym, by nasze dzieci trwały w takiej błogości, w tej fikcji. To na bazie takiego wychowania potem młodzi będą mieli problemy w życiu, pomijając już same szachy.

Kurczę, no nie o tym miałem pisać ;). Tak, komputery degradują stopniowo nasz sport, ale są jeszcze zawodnicy, którzy na przekór krzemowym maszynom, mają swój styl. Takim graczem jest Magnus, który na piątym biegu gna po kolejną wiktorię. To jest gracz! To jest zawodnik! Widzieliście jak zaryzykował z Van Welym, a potem powiedział, że dobrze, że wielu rzeczy nie widział, bo pewnie by, nie zaryzykował. Tomaszewskiemu wczoraj Wiking wlepił miniaturę i to w systemie, w którym generalnie nie powinno się miniatur dostawać, bo tam jest przecież normalna gra dla czarnych, są plany gry. Ech, co tu dużo mówić - mamy mistrza świata z prawdziwego zdarzenia. Przynajmniej ja jestem jego wielkim fanem! 



wtorek, 19 stycznia 2016

Kto w Wijk aan Zee wprawia w kompleksy - Driejew Aleksy!!


Jeden z czytelników, napisał w komentarzu, że Nakamura rozegrał ostatnio mecz z najnowszym silnikiem Komodo 9.2 dostając duży handicap (tempa, materiał itd.). Silniki typu Komodo mają już ranking w okolicach 3300 elo, dlatego człowiek nie może z nimi rywalizować na równych prawach. Rachunek zysków i strat jakie wniosły komputery do naszej dyscypliny, powinien być już dawno zrobiony, niestety, żaden z arcymistrzów nie pokusił się o jakąś spójną kompilację. Generalnie jestem sceptykiem, uważam, że szachy w dalszej perspektywie za sprawą komputerów podupadną, zresztą już teraz są na dziejowym zakręcie...

 Komputery dają szachom wiele dobrego, nie przeczę, na przykład amator, taki jak autor tych słów, jest w stanie pisać o wielu meczach, jakby naprawdę wiedział, o co w nich chodzi. Silniki analizują wszystko w czasie partii i jest to o tyle dobre, że laik czuje się pewniej w tej gęstwinie. Nieładnie to musiało wyglądać: bezduszny komp, dający piona for superarcymistrzowi po drugiej stronie. Czuję niesmak choćby z tego względu, że jest to scenka, która nie zawiera w sobie jakichkolwiek znamion romantyzmu. Dawniej, w XIX wieku, wielcy mistrzowie dawali konia lub piona for w oparach tytoniowego dymu, w tak ciekawych miejscach jak Cafe de la Regence w Paryżu itd. Tutaj zdejmuje się piona na ekranie, przeciwnika generalnie nie widać, to jakiś elektronowy duch, algorytm, procesory. Szachy tak jak medycyna, nie są nauką ścisłą, tutaj nie wszystko jest na pewno, można mówić tylko o pewnym prawdopodobieństwie. Komputery jednak, wraz ze wzrostem mocy obliczeniowej są coraz bliższe partii idealnej, a gdy do niej się doliczą, co wtedy? Wtedy, gdy dojdzie do znalezienia najlepszych sekwencji ruchów, szachowy koan zostanie odarty z ostatniej tajemnicy i tej tajemnicy pozbawią nas maszyny. Ale jeszcze nie teraz. Teraz żyjemy w czasach "na styku", są szachiści, którzy mają "lepszą głowę" i potrafią dobrze korzystać z komputerów, ale ich poziom rozumienia szachów jest o niebo wyższych niż młodzieży wychowanej w erze silników. Aleksiej Driejew - zobaczcie jak ograł dziś Antipowa, zobaczcie inne jego pojedynki. On ma lepszą głowę, to arcymistrz wychowany w innej erze i młodzież może wpaść w kompleksy, grając z tym starym lisem, profesorem szachów.

Wracając do wpływu komputerów na szachy - spójrzcie choćby na dalekie wędrówki szachowych królów sprzed 150 lat (znacie takowe?), w zestawieniu z monarszymi wędrówkami obecnej doby. Dawno temu król nie wiedział dokąd zmierza. Współcześni komputerowi esteci śmieją się - oo, tutaj mogło być tak, tam też jest obalenie itd. Partia Anderssena podpięta pod Houdiniego i wyśmiana, obironizowana na wszystkie strony. Ale to właśnie był piękny czas! Pracowały głowy, nie kompy, król to była osobistość dość krótkowzroczna, ale nie mniej odważna, rzekłbym rzutka, niż jego następca z XXI wieku. Biały król Dawida Nawary w partii przeciwko Radkowi Wojtaszkowi poszedł na klatkę "f6" ale... o kulach! Wszystko to stało w domu, znalazł to przecież moduł. Potem król dobił do rogu ale... który monarcha według was był odważniejszy, ten XIX wieczny romantyk, czy ów współczesny, stworzony przez krzemową maszynę?


Sevian zagrał dzisiaj typową juniorską partię - dał sobie złapać damę w centrum jeszcze przed piętnastym posunięciem, potem jeszcze coś tam się stało, ale w sumie można było się poddawać po biciu na "d4". Sevian to wedle metryki junior, jednak to przecież silny arcymistrz, a tnie w te szachy jak potłuczony, średnio się orientuję co jest przyczyną jego tak słabej gry.  No, tak się dać zdewastować przez młodego Holendra? Niestety, tak. Brzydka partia i słaba gra talentu zza Atlantyku. Oba turnieje rozkręcają się, choć będę utrzymywał, że to turniej "B" jest znacznie ciekawszy.



poniedziałek, 18 stycznia 2016

W Wijk aan Zee pojedynek Wei Yi - Carlsen! W turnieju "B" równo z trawą kosi Aleksiej Driejew!


Turniej w Holandii to kolejne wyzwanie, które spadło na barki mistrza świata. Niestety, taki jest żywot topowego gracza, że nie ma zbyt dużo czasu na odpoczynek, turniej goni turniej i musi się wykazywać, sprawdzać, powinien ciągle udowadniać sobie i światu, że jest numerem jeden. Dziś Wiking po raz pierwszy spotkał się z Chińczykiem, którego wielu widzi w przyszłości na tronie, co przy pomyślnym układzie gwiazd, może się ziścić. Mecz toczył się w napiętej atmosferze, na desce stanął wariant, który jest przeanalizowany bardzo głęboko. Wei Yi po dobrze rozegranym debiucie, miał realne szanse na zwycięstwo, jednak wypuścił przewagę w niedoczasie. Jego atutem jest młodość, jest o rok młodszy od naszego Janka Dudy i ma wszystko co jest potrzebne do walki o szachową koronę. Magnus Carlsen w jednym z wywiadów powiedział, że od pewnego czasu Chińczyka monitoruje, a to nam dużo mówi - Magnus jest świadomy skąd może nadciągnąć nawałnica. Turniej w Wijk aan Zee ma skład nieco ciekawszy, niż większość turniejów elitarnych, znane nazwiska są zmieszane z tymi, którzy grają obiecująco. Ciekawie gra Dawid Nawara, dziś zagrał fantastyczny mecz z Girim, miał lepiej, jednak partia zakończył się remisem. Mamedjarow podstawił wieżę, w partii z Eljanowem kompletnie bez motywu, po prostu dopadła go ślepota szachowa. Gdy coś takiego widzi się na transmisji w wykonaniu tak znanego szachisty, pierwszą rzeczą, którą się robi, jest sprawdzenie, czy nie ma błędu w przekazie. Wedle tego co jest, wydaje się, że Mamedjarow jednak podstawił partię w jedno tempo.

Mówcie co chcecie, jednak sądzę, że znacznie ciekawiej jest w turnieju "B". Zobaczcie jak równo z trawą kosi doświadczony Drejew. Po trzech rundach ma komplet - rewelacja. Ciekawe, co się wydarzy w dalszej części turnieju. Gra Samuel Sevian z U.S.A, okrzyknięty wielkim talentem. Talent Sevian ma na pewno, natomiast ostatnie jego gry tego nie potwierdzają, choć ma jeszcze czas, by zabłysnąć w turnieju oraz w ogóle, w dalszej, czasowej perspektywie.

Za kilka dni rusza turniej w Gibraltarze i na nim warto się skoncentrować, gdyż startuje Radek Wojtaszek oraz Janek Duda. Skład zawodów mocny, choć nie tak mocny jak w Doha, niemniej jednak nasi będą mieli z kim powalczyć. Wojtaszek ma ósmy numer startowy, Duda dziewiętnasty. Stawkę otwiera Hikaru Nakamura. Gibraltarski turniej zapowiada się świetnie!
  

wtorek, 29 grudnia 2015

Magnus Carlsen po dogrywce wygrywa turniej w Katarze! To był dobry start polskich szachistów!



                                                                            "I o tym właśnie porozmawiamy"
                                                                                                                  Serhij Żadan




Na początku musimy rozmówić się w kwestii bardzo ważnej, czyli konkursu, który ogłosiłem w związku ze startem naszych arcymistrzów w Katarze. Jako nagrodę, przewidziałem dla zwycięzcy zdjęcie z autografem, tak się jakoś dobrze składa, triumfatora katarskiego turnieju, wielkiego maga współczesnych szachów, Magnusa Carlsena. Okazuje się, że nikt nie trafił w dziesiątkę, natomiast trzech graczy trafiło tuż obok i są to równorzędne wyniki, natomiast w takiej sytuacji, napisałem to w regułach konkursu, wygrywa ten, który strzelił wcześniej. Blisko czternastego miejsca trafiali: Paweł Gorłow typował miejsce trzynaste Janka Dudy, oraz Konrad Banicki wraz z Oskarkiem Ogłazą obaj typowali miejsce piętnaste Janka. Janek Duda był czternasty, więc wszystkie trzy odpowiedzi są tej samej siły pod względem celności, natomiast z tej trójki najszybciej oddał głos Paweł Gorłow, którego proszę o przesłanie mailem dokładnego adresu, na który wyślę zdjęcie z autografem Magnusa Carlsena. Gratuluję i dziękuję wszystkim za tak liczny udział w tych zmaganiach.

No właśnie, Magnus Carlsen. O tym fantastycznym graczu, można by napisać kilka opasłych tomów drobnym drukiem już teraz. Pisaliśmy o kryzysie mistrza, no to mistrz dał nam w grudniu odpowiedź, bardzo szczegółową, niezwykle wyczerpującą. Nie ma na Magnusa mocnych, takie są fakty. Widzieliście jak ograł Chińczyka w blitzowej dogrywce? Warto sobie obejrzeć tą demolkę i uświadomić sobie, że niczego lepszego nie mogło nas spotkać - mamy świetnego mistrza świata, który od innych jest po prostu lepszy. Wielu kibiców zadaje sobie pytanie, czy jest wśród współczesnych arcymistrzów jakaś osobowość, która jest w stanie realnie zagrozić norweskiemu mistrzowi. Nakamura? Wolne żarty! Aronian - przy całej sympatii nie nawiąże równorzędnej walki z Wikingiem. So, Caruana, Giri? - chyba karnawałowe żarty zaczynają nas się imać. Anand - też nie, nikt nie daje mu szans. I tak dalej. To jest właśnie ta różnica, którą daje nam ta ciekawa postać spod koła podbiegunowego - jakoś nikt mi nie pasuje, przynajmniej ja nie mam kogo posadzić w meczu o MŚ przed Magnusem. Ale przecież ktoś siąść będzie musiał! Kończąc wątek, według mnie, jeśli Carlsen sam siebie nie ujarzmi, jeśli nie nastąpi jakiś psychologiczny kolaps motywacyjny, w tym momencie jego panowanie na tronie pozostaje niezagrożone.

Foto Katerina Savina ze strony http://www.qatarmastersopen.com/

Polacy. Najbardziej to chciałbym porozmawiać z wami o Darku Świerczu. Można pomówić o tym, na przykład, że sport jest niesprawiedliwy. Jedna przegrana, jedna kraksa i wylądować w trzeciej dziesiątce? Czy to jest sprawiedliwe? JEST. Choć wszystko się we mnie buntuje, aż skręcają mi się trzewia, gdy daję na to pytanie taką odpowiedź. Niestety, taki jest sport. Wiadomo, że bardzo szkoda tej partii z Iwanczukiem, jednak traktując turniej jako całość Darek Świercz nie ma czego się wstydzić. To dla niego, tak naprawdę, siadałem co dnia do transmisji. Czekałem długo na jego sportowe przełamanie i wreszcie zobaczyłem coś nowego. Na turniejach zdarzało mi się często rozmawiać z szachistami o szachistach czołówki i gdy temat schodził na Darka Świercza, wielu z moich rozmówców nie dawało już wiary, że Darek się odbuduje. Skłamałbym jeślibym napisał, że nie ulegałem po takich rozmowach podobnym, mrocznym nastrojom. Nadziei dużej nie miałem, zbyt długo to trwało. A tymczasem, borem, lasem... Darek Świercz ma na "live" ranking 2664 elo i niecałe czterdzieści oczek do psychologicznej bariery 2700 +, którą Polacy z takim trudem próbują forsować. Mam nadzieję, że to jest nowy rozdział w karierze Darka, któremu zawsze kibicowałem!

W blitzu nie ma mocnych na Magnusa, to była partia pogrom! Foto Maria Emelianova ze strony http://www.qatarmastersopen.com/

Najlepszym z Polaków został Janek Duda i to jest jednak klasa. Już teraz strzela z dwóch rąk, coraz trudniej będzie się na niego przygotować. Widać, że w dalszym ciągu wykonuje ogrom pracy, która procentuje. Polacy grali wysoko, byli widoczni, mieli praktycznie co rundę kapitalnych rywali. To był naprawdę dobry występ Polaków, nie czuję się przygnębiony, wręcz przeciwnie, te zawody dały mi wiele radości, którą starałem się z wami podzielić.

Kończy się ten szachowy rok, za który chciałem wam podziękować. Było mi niezmiernie miło, że byliście ze mną, komentowaliście, i dzieliliście się zawsze cennymi uwagami. W takim razie żegnam się z wami w tym kończącym się, 2015 roku, i przywitamy się w następnym, oby lepszym dla was oraz dla polskich szachów, 2016 roku. Z SZACHOWYM POZDROWIENIEM!


poniedziałek, 28 grudnia 2015

Carlsen wygrywa miniaturę z Mamedjarowem i znów ucieka stawce! Darek Świercz remisuje i jutro zagra o wszystko z samym Iwanczukiem!


Pamiętacie jak poległem forsując teorię o elicie szachowej, głosząc dość kontrowersyjny pogląd, że owa grupka grających tylko między sobą najlepszych szachistów globu, to zjawisko sztuczne i, gdyby "przeczołgać ich" grą z pozostałymi szachistami, szybko pękłby ten pojęciowy twór? Niestety, moje rozważania były nader często bombardowane wynikami, dopadały mnie, raz po raz realia. Szachiści elity zawsze jakoś tak się wywijali, że kończyli zawody na miejscach im należnych. Turniej w Doha jest świetnym poligonem doświadczalnym, by zbadać od nowa tę kwestię i to z różnych stron. Na razie jest za wcześnie, wszak pozostała jeszcze jedna, decydująca runda, niemniej jednak już poczyniłem niezbędne obliczenia. Zawodników z 2700+ jest w Katarze siedemnastu. Przed ostatnią rundą w pierwszej dwudziestce pozostało ich jedenastu, elita, czyli ci, których znamy jako szachiści elity, trzyma się pierwszej dziesiątki przez cały czas aż miło. To są na razie takie luźne cyferki, jutro przeanalizujemy wszystko dokładnie, gdy będziemy mieli przed oczami protokół końcowy, z wynikami.

Mamedjarow swoją grą z Carlsenem mocno popsuł dramaturgię ostatnich rund, nie da się ukryć. Ten gracz zawsze był dla Wikinga "klientem", jednak wielu liczyło, że w tej partii będzie walka, że nie rozsypią się Azerowi bierki w taki sposób. Cóż, jutro Magnus zagra z Kramnikiem, ma białe i wietrzę remis, czuję go w moich kościach, no, chyba, że Rosjanin zrobi coś nieoczekiwanego.

No i co ja najlepszego narobiłem? Foto Katerina Savina ze strony http://www.qatarmastersopen.com/

U Darka Świercza partia toczyła się pod znakiem gry pozycyjnej. W tym wariancie obrony hetmańsko - indyjskiej trudno na najwyższym poziomie o możliwości otwartej gry na wygraną. Zdaje się, że Witjugow nie chciał drażnić Polaka, który jest na fali, pragnąc względnie prosto dobić do remisowej przystani. Jutro Darek Świercz dostał przeciwnika, który jest idealny do gry partii znacznie bardziej fighterskiej. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Iwanczuk pójdzie w takie "suchary", jak dziś Witjugow, poza tym Darek ma białe. Sytuacja jest rozwojowa, że się tak wyrażę.

Polacy stoczyli dziś bratobójczy pojedynek, a jutro znów powtórka z rozrywki, gdyż Wojtaszek pobije się z Piorunem. W sumie zapowiada się ciekawie, choć z takiej gry, z kompletem punktów obaj Polacy nie wyjdą. Zabrane komuś zostanie, tak jak dziś, gdy Mat Bartel musiał uznać wyższość pierwszej polskiej szachownicy.

Czy Kramnik zrobi krzywdę mistrzowi świata, kto będzie lepszy w pojedynku "Piorun-Wojtaszek"? Wreszcie, albo przede wszystkim: co się stanie w partii Darka Świercza z Wasilijem Iwanczukiem? Tego dowiemy się już jutro, z rana!! Pamiętajcie, runda rusza o godzinie 10 rano czasu polskiego! Wszyscy kibicujemy Darkowi Świerczowi, nasz doping będzie mu bardzo potrzebny! DAREK!! DAREK!!!


niedziela, 27 grudnia 2015

Magnus już nie prowadzi samodzielnie - dopadli go Mamedjarow i Sjugirow! Z Polaków w grze pozostał tylko Darek Świercz!


Chciałoby się rzec: jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. A w Katarze serce mocniej nam może zabić tylko w związku z pojedynkami Darka Świercza, który walczy, jakby chodziło o coś więcej, niż tylko o pieniądze. Darek na pewno ma sobie coś do udowodnienia, na pewno chciałby też pokazać niektórym kibicom w Polsce, że przedwcześnie w niego zwątpili. Gdyby jego skuteczna gra miała miejsce na średnim, europejskim openie, ktoś mógłby, całkiem słusznie, wskazać niemiarodajność takiego występu, jednak czegoś mocniejszego od turnieju w Katarze nie wymyślono w żadnym z zakątków naszej pięknej planety. Sami przeciwnicy Darka Świercza są chyba dla niego właściwą wizytówką. Czterech rywali ponad 2700 elo Polak ma już za sobą, jutro komputer dolosował mu kolejnego z tego przedziału, znanego i silnego arcymistrza z Petersburga, Nikitę Witjugowa. Ten turniej jest więc w pełni miarodajny.

Foto Katerina Savina ze strony: http://www.qatarmastersopen.com/

Ostatnio, w związku z tak silną stawką uczestników turnieju w Doha, powróciłem do przemyśleń związanych z zarządzaniem ryzykiem w szachach. Bo, jak można wygrywać tak kosmiczne openy, jeśli nie inteligentnie zarządzając ryzykiem? Idąc trochę na przełaj - dobrze zarządzać ryzykiem w szachach to wiedzieć, jak przegiąć, żeby nie przegiąć i ograć swojego rywala. Weźmy pierwszy z brzegu przypadek - niedawny przeciwnik Darka Świercza, Anton Korobow z Ukrainy. W partii z naszym arcymistrzem przegiął, ale to naprawdę przegiął. Darek Ukraińca policzył, sparował i jest w "dziesiątce", zobaczcie teraz, gdzie w tabeli jest Korobow. Stąd nie ma co się zżymać, gdy nasi remisują, wydawałoby się, zbyt dużo, na przykład Janek Duda. Janek gra tak jak mu pozwalają przeciwnicy i gdyby poszedł "drogą Korobowa" zapewne zamykałby jedną z ostatnich dziesiątek pierwszej setki. Sorki, takie są realia - jest też przeciwnik, prawda? Open w Doha to nie są szachowe Pireneje, to Karakorum światowych szachów. Jest Magnus, Kramnik, Giri, So i prawie dwudziestu 2700+, tacy gracze są w Katarze. Według mnie ten ścisk na górze bierze się też, między innymi z tego, że cała ta szeroka czołówka nie chce przeginać i do samego końca arcymistrzowie chcą się liczyć w stawce.

Mateusz Bartel zremisował z Wei Yi. Okazało się, że nie taki straszny ten diabeł. Obaj grają interesujące szachy, dlatego w tym meczu "złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzymał". Raz jeden, raz drugi coś tam od siebie dorzucał do wspólnego paleniska, aż powstało bardzo ładne, szachowe dzieło. Remis dla Mateusza jest niczego sobie, dla Chińczyka ten sam wynik chyba nieco inaczej smakuje. Wygrał Piorun, wygrała Marta Bartel, zremisował Radek Wojtaszek. Cóż, Polacy oprócz Darka Świercza walczą już tylko o tak zwane "mniejsze cele" - o poprawę miejsca w tabeli, rankingu itd. Oglądamy ich mecze i kibicujemy ale skupiamy się na arcymistrzu z Tarnowskich Gór, który jutro ma białe i walczy o naprawdę dużą stawkę.

Magnusa dopadło  takich dwóch, a za tą trójką czai się aż szesnastu szachistów, których dzieli od czołówki pół punktu. Czy można chcieć więcej? Dwie rundy do końca i dalej nic nie wiadomo, jak ja kocham takie scenariusze!