środa, 23 kwietnia 2014

"Pierwsza porażka Carlsena po zdobyciu Mistrzostwa Świata! Kapitalna partia Wojtaszka z Safarlim!"




Wyznaję przed szlachetnym sanhedrynem, że zacząłem przyglądać się bliżej partii Caruany z Carlsenem tuż po podpisaniu blankietów w partii Wojtaszek-Safarli. Fantastyczna partia naszego reprezentanta pochłonęła mnie na tyle, że nie byłem w stanie oglądać innych spotkań. Polak prowadził atak na króla, czując wszystkie jego niuanse, a samo posunięcie 21. g4, rozbijające szańce obronne wokół pozycji czarnego monarchy, zasługuje moim zdaniem na dwa wykrzykniki. Dalsze pionowe przełomy oraz przyszłe kontury ataku nasz arcymistrz musiał widzieć oczami wyobraźni, grając to ideowe posunięcie. Brawa dla Radka Wojtaszka za porywającą grę! Dziś Polak musiał na punkt intensywnie pracować, jednak jego partia, w przeciwieństwie do meczu jego jutrzejszego rywala, Hao Wanga, nie trwała długo. Hao Wanga pognębił Rauf Mamedov i jest szansa, że Chińczyk przyjdzie jutro na salę gry cokolwiek rozbity, z chęcią szybkiego odkucia się, a to nie służy wyważonemu podejściu do pojedynku. Jutro o godzinie dwunastej, znów w moim krwiobiegu popłynie adrenalina o dużym stężeniu ale przecież o to w kibicowaniu chodzi, zgodzicie się ze mną?

Pojedynek Caruany z Carlsenem wyglądał trochę tak, jakby białym kolorem grał... Carlsen. Można powiedzieć, że Wiking zginął od własnej broni. Zagrano "berlin", Caruana dostał lepszą końcówkę (coś co lubi Magnus ale pod warunkiem, że to on ma przewagę) i stopniowo, nie spiesząc się zaczął ją realizować. Wiking nie zauważył w pewnym momencie prostej taktyki, stracił piechura i stało się. Carlsen nie jest androidem - to człowiek z krwi i kości i można z nim wygrać. Co prawda wielu zdążyło już nabawić się "kompleksu Magnusa" ale nie ma takiego szachisty (i nie będzie!) który nie ma słabych stron, czy choćby słabego dnia.

Ambicja Wikinga została podrażniona i jestem ciekaw jaka będzie jego odpowiedź. Jutro czeka na niego Radjabov. Emocje, emocje, emocje i na dodatek fajne uczucie, że na sali gry, na którą patrzy cała szachowa społeczność świata jest Polak i zaczyna mu iść. Nie chciałbym zapeszyć. Mam nieraz takie wrażenie, że dobra karta się odwraca, gdy zaczynam o czymś pisać. Ale to przecież szamanizm, myślenie życzeniowe. Tak nie ma. Więc, zostawmy już to. Jutro kolejny akt tego spektaklu. Tym razem wybieram lożę blisko sceny ;).



"Memoriał Gashimowa, runda trzecia - Karjakin na oparach czasu ratuje partię z Mistrzem Świata!"




Nigdy nie byłem wielkim fanem Sergieja Karjakina, jak to się mówi poza szachownicą, jednak jego wczorajsza partia przeciwko Carlsenowi pokazała, że jest arcymistrzem nietuzinkowym. Tempo gry na tym memoriale jest specyficzne. Mianowicie czas, te zbawienne 30 sekund, jest dodawany dopiero po 60 posunięciu. Pierwsza kontrola jest po 40 ruchach (dostaje się na nie po dwie godziny i ani sekundy dłużej) potem zawodnicy dostają po godzinie na następne 20 posunięć. Karjakin praktycznie na resztce czasu doskonale parował groźby Wikinga, który, co tu ukrywać, wypuścił Rosjanina mając wygraną pozycję. Na pomeczowej konferencji widać było, że Norweg jest rozczarowany remisowym zakończeniem tego pojedynku. Nie zmienia to faktu, że nadal pozostaje na prowadzeniu, że w tej partii nie było nawet jednego momentu, w którym jego pozycja była zagrożona. A wynik? Jest korzystny z punktu widzenia kibiców - podtrzymuje turniejową intrygę, gdyż przewaga, którą Magnus uzyskał, w dalszym ciągu jest do zniwelowania przez przeciwników podczas drugiego koła. Dziś Wiking będzie dochodził swoich racji w spotkaniu z Caruaną.

Polak gładko wygrał z grającym niefrasobliwie w debiucie Motylewem, wyszedł na 50% i nadal wszystko jest przed nim. Najlepiej, jak dotychczas, prezentuje się Bacrot, który dał sobie urwać tylko jeden remis. Różnice punktowe są jednak niewielkie i jedna, dwie mocne partie każdego z uczestników, może diametralnie zmienić układ w tabeli. Nie jesteśmy nawet na półmetku. Dziś przeciwnikiem Radka Wojtaszka będzie reprezentant gospodarzy, Eltaj Safarli.

Ależ fantastyczne warunki mają arcymistrzowie na tym turnieju! Wygodne fotele, przestrzeń, piękna sala - widać, że dopracowany jest każdy szczegół. Kamery do przekazu "live", dzielą się na stacjonarne i te, które śledzą spacerujących arcymistrzów. Sama strona internetowa jest też świetnie dopracowana. Oglądanie podobnie zrealizowanych przedsięwzięć, to czysta przyjemność. Na galerii zdjęć, zamieszczonej na serwerze http://chess-news.ru/ przez E. Surova, widać telebim umieszczony poza salą gry, w otwartym terenie, na którym jest przekaz na żywo z turnieju. Na przykład - idzie sobie zwykły człek, spogląda w górę i widzi Carlsena w charakterystycznej pozie lekkiego znudzenia, gdy zakłada nogę na oparcie fotela ;). Dla mnie bomba! Zaczęło się końcowe odliczanie do rundy numer cztery.  



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

"Memoriał Gashimova, runda druga - kolejna ofiara łupieżcy z północy!"




Paweł Eljanow wyruszył na wojnę z Radkiem Wojtaszkiem, stosując popularny ostatnimi czasy "wariant Czebanienko" obrony słowiańskiej. Bardzo ciekawy system, którego największymi specjalistami z punktu widzenia gry czarnymi są: Wiktor Bołogan (mołdawscy szachiści bardzo przyczynili się do popularyzacji tego wariantu) oraz znany fighter, Gata Kamski. Kamski w "wariancie Czebanienko" fianchettuje czarnopolowego gońca przez "g7",  a idee są podobne do tych, zagranych w partii Wojtaszka z Eljanowem. Czarne dążą w odpowiednich momentach do podrywu łańcucha białych pionów poprzez "e5". Nasz arcymistrz po serii wymian (po zagranym przez Eljanowa planowym podrywie "e5") został ze słabym pionem na "d4". Doszło do końcówki czterowieżowej i wszystko wskazywało na to, że Polak powinien ją ustać. Niestety, stopniowo zaczął tracić nić gry, a Eljanow, jak to zwykle u niego bywa, parł do samego końca. Pierwsza porażka naszego przedstawiciela w Memoriale Gashimova, a jutro wpada po przegranej na rozpędzonego Motylewa, aktualnego Mistrza Europy i będzie miał czarne bierki. Nie najlepiej to wygląda, żeby nie powiedzieć źle...

W turnieju "A" odwieczny "klient" Wikinga, Nakamura, i tym razem postanowił nie wychylać się. Ta partia to był mecz do jednej bramki. Po debiucie pozycja Norwega, to było takie "niby nic". Tylko, że takie "niby nic" pozycje, Mistrz Świata przeobraża w układy nie do obrony dla swoich oponentów. Niekiedy główny zainteresowany musi się porządnie nagłowić, w którym momencie przegrał. A co jeśli już znajdzie odpowiedź na pytanie "dlaczego przegrałem?" Nic. Gdy po raz kolejny siądzie do Wikinga, po raz kolejny odejdzie z kwitkiem, gdyż przegra ale w nieco inny sposób.

 Wielu uważa, że Carlsen gra nieciekawe szachy, ponieważ trup nie ściele się gęsto. Choćby wczorajsze końcowe oddanie gońca na "h6" - to już nawet nie była kombinacja tylko zwykłe przesilenie po wygranej strategicznie bitwie. Ja jednak, jestem fanem takiego stylu gry, co zresztą niejednokrotnie podkreślałem. Carlsen paraliżuje swoje ofiary, dusi je jak anakonda. I ten nastrój jego przeciwników, którzy wiedzą, że to już koniec, ale Wiking się nie spieszy i miażdży ich wolę walki powoli, nie spiesząc się! Jakiś czas temu miałem wątpliwości - teraz już ich nie mam - uważam, że tytuł Mistrza Świata, jest w najlepszych rękach.
 Kto odważny i na siłach, niech wydrze tytuł takiemu wirtuozowi! Czekam z niecierpliwością na kolejną rundę Memoriału Gashimova. Czy jest ktoś w stanie zagrozić temu łupieżcy z północy??


niedziela, 20 kwietnia 2014

"Memoriał Gashimova, runda pierwsza: Wiking poza zasięgiem Mammedyarova!"




"Carlseniada" już się zaczęła. Wiking nie stracił rytmu od ostatniego występu - pojedynek z Mammedyarovem to jakże klasyczny obrazek partii zagranej przez wielkiego wirtuoza. Mistrz świata jest świetny w wykorzystywaniu przewagi jednej, niezbyt korzystnie ustawionej figury przeciwnika. W tym pojedynku antybohaterem był czarnopolowy goniec czarnych, który znalazł się na "a3", następnie na "b4", wreszcie zginął w walce, gdy wszystko już było przesądzone. I ta łatwość Wikinga w znajdywaniu prawidłowych planów gry - to resztę profesjonałów z najwyższej półki musi cokolwiek przytłaczać. Strategicznie nie ma mocniejszego szachisty jak na ten moment na świecie, i jak tak patrzę, to mam ochotę powiedzieć "w historii szachów". Patrzy się naprawdę super na te pozycyjne kleszcze, które Carlsen zakłada poszczególnym zawodnikom - ich niemoc w większości przypadków jest porażająca. Co ciekawe, Wiking generalnie jest rozpracowany - w tym sensie, że czołówka światowa już wie, jak traktuje debiut, do czego dąży, jakie obrazki powstają na szachownicy u niego w większości przypadków. Jednak kluczy do zamku króla Wikingów nikt jeszcze nie dorobił. Ot, taki paradoks.

W turnieju "B" wszyscy zgodnie zremisowali. W pojedynku Radka Wojtaszka poszedł "grunfeld". Radek Wojtaszek w zgodzie ze swoim stylem na 7... a6, wybrał "pozycyjne" 8. Ge2. Cel posunięcia to uzyskanie po debiucie stabilnego małego "plusa". Interesujące, że Radek po bazie, powtórzył aż do 21. f4, ruchy z partii "Sandipan-Maki", rozegranej w 2010 roku w Płowdiw. Tam Hindus po 80 posunięciach wygrał techniczną końcówkę. Generalnie wariant ten, prowadzi do końcówki z pominięciem gry środkowej - białe mają lekką przewagę związaną z mocnym pionem na "c5" ale, czy wystarczającą do wygranej? Na słabo technicznie grającego zawodnika system jak znalazł, na dobrego w defensywie, może nie starczyć. Analizowałem kiedyś tę pozycję kilka dni, coś niecoś w głowie zostało ;).

Jutro bomba pójdzie w górę, gdyż zobaczymy Wojtaszka w pojedynku z Eljanovem. Zapowiada się "combat" do gołych króli. Czekam na pełen treści pojedynek i zwycięstwo Radka. A w turnieju "A" Wiking zagra z Samurajem. Kto pamięta jaki przebieg miała ich ostatnia partia, ten wie, że tego pojedynku nie można ominąć. Wielkie szachy, ku mojej ogromnej radości trwają wciąż! 


"Rusza turniej poświęcony pamięci Vugara Gashimowa! Galaktyczny skład turnieju A!"




Jak można uczcić pamięć arcymistrza, który za życia był fantastycznym, ujmującym człowiekiem oraz szachistą, którego partie zapierały dech w piersiach? Jest wiele sposobów. Można napisać biograficzną książkę o nim, nakręcić film, można też zorganizować bardzo silny memoriał i kultywować tą tradycję z roku na rok. Już dziś w Shamkir, w Azerbejdżanie rusza Memoriał Vugara Gashimowa, który przedwcześnie, bo w wieku 27 lat zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. To był arcymistrz ścisłej czołówki światowej i w memoriale również zagrają szachiści elity. Średni ranking turnieju "A" wynosi 2780 elo - to mówi samo za siebie. W turnieju "A" na próżno szukać arcymistrza, którego zaprasza się, by niejako "domknął tabelę". Mamy Mistrza Świata, Magnusa Carlsena, któremu z całą pewnością bacznie będzie się przyglądał "Vishy" Anand. A więc, jest Wiking co już elektryzuje szachową społeczność. Nie zabraknie również "samuraja" Nakamury, który od kilku lat, również jest arcymistrzem ze ścisłego topu. Jest Caruana, który od kilkunastu miesięcy rzuca się w wir turniejów, jednak ostatnio jakby nieco wyhamował. Jego ranking to ponad 2780 elo. Dalej - w memoriale zagra dwóch gospodarzy - Radjabov, który ostatnimi czasy przeżywa twórczy kryzys i Mamedyarov przyciągający niekonwencjonalną grą rzesze fanów z całego świata. Składu dopełnia Sergiej Karjakin. Oczywiście, pytań jest cały, pełny worek. Czy Carlsen potwierdzi swoje mistrzostwo? Jakie szachy zaprezentuje? Jak będą wyglądały stadia debiutowe jego partii? Czy pozostali uczestnicy będą w stanie mu zagrozić? Każdy, następny dzień będzie dawał cząstkowe odpowiedzi na te pytania.

Oczywiście turniej "A" to coś dla koneserów, szachy z najwyższej półki - mnie, jednak, będą przyciągały, jak magnes, pojedynki naszego arcymistrza, Radka Wojtaszka, który  wystąpi w turnieju "B" memoriału. Turniej "B" ma ranking średni, oscylujący - bagatela - wokół 2660 elo. Takie postaci jak Wang Hao, Etienne Bacrot, Paweł Eljanow wskazują, że i w tym turnieju dojdzie do bezpardonowej walki. Kibicuję Radkowi Wojtaszkowi - gdyby udało mu się wygrać turniej, ten wynik nie przejdzie bez echa, niezauważony. To jest kolejna szansa naszego arcymistrza. Radku - powodzenia!


Nie wiem, jak wy celebrujecie takie turnieje - ja, jak zwykle, robię sobie dobrą kawę (Tak. Taką jak z opowiadania o małym, szarym człowieku ;) ) układam książki debiutowe blisko laptopa, by mieć je na wyciągnięcie ręki i zamierzam po prostu smakować wielkie szachy. Piszcie, komentujcie, dzielcie się wrażeniami!



środa, 16 kwietnia 2014

"Opowieść Szarego Człowieka cz.III - ostatnia"




Romuald nie miał pamięci do dni, dat, ale doskonale zapamiętał pierwsze spotkanie z „K”, za szachownicą. Zagrał wtedy obronę „caro-cann” i przegrał bez walki. Właściwie to nie była partia szachów. Przypominało to raczej egzekucję. Utkwił mu w pamięci (takie obrazy najdłużej się pamięta) „K”, który po tej partii w dalszym ciągu mu nie odpuszczał, nie odstępował na krok, obracał niczym jastrząb ogłuszonego gołębia.

- Dlaczego zagrałeś „caro-cann”? – następował „K” na Romualda.

- Panie, daj mi pan spokój! Wygrałeś pan? To czego pan jeszcze chcesz!? – bronił się Romuald.

- Ty się boisz szachów jak grasz takie debiuty! Sycylijka, to jeszcze bym zrozumiał, ale jakaś „karoca”!? Odważni grają sycylijkę, „caro-canna” grają tchórze.

- Panie idź pan stąd. Zgłoś pan wynik!

- Daj pan spokój! Źle pan grałeś! Ani jednego dobrego ruchu. W ogóle pan nie umiesz grać w szachy!” – pastwił się „K” nad Romualdem.


Choć Romuald poczuł się urażony do głębi zachowaniem „K”, pocieszał się w duchu, że nie należał do wyjątków. „K” gnębił każdego, a największe razy przyjmowali ci, którym udało się ograć „K” (rzadka rzecz, gdyż „K” był naprawdę niezłym szachistą). Wtedy snuł się za takim wygranym nieszczęśnikiem bez przerwy, usiłując wykazać mu, gdzie miał wygraną.

 „K” wiedział wszystko najlepiej i nie znosił wielogłosu, gdy się wypowiadał na temat szachów. Na przykład analizowano jakąś pozycję – „K” oczywiście dokładnie wiedział, jak powinno się ją dalej rozegrać. Jeśli ktoś nieśmiało zaczynał oponować, „K” piorunował go spojrzeniem, wyśmiewał i szybko wykazywał ignorancję śmiałka. Na turniejach trzymano się od niego z daleka – mało kto chciał przystanąć na pogawędkę z „K”. Jeśli już ktoś był świadkiem takiego obrazka, było więcej niż pewne, że rozmówca „K” jest jednocześnie jego ofiarą. „K” był zakałą szachowego bractwa, znienawidzony za swoją arogancję, chamską bezpośredniość, która szła o lepsze z butą.

Romuald przyjął ten cios, a będąc świadkiem innych, podobnych sytuacji, stawał się coraz bardziej zawzięty. Na początku myślał, żeby odegrać się w jakiś sposób na „K” tylko za siebie, za wszystkie te zniewagi, które od niego doświadczył. Z czasem chciał się zemścić za wszystkich, których „K” poniżył. W pewnym momencie pragnienie zemsty stało się w nim tak mocne, że gdy budził się rano, pierwszym obrazem, który tworzył się w jego umyśle (sytuacja często spotykana u zakochanych) była postać  „K”. Każdą wolną chwilę, poświęcał na obmyślanie planu zemsty na człowieku, którego znienawidził. Przeszukiwał ogłoszenia o nadchodzących turniejach tylko pod kątem tego, czy „K” bierze w nich udział. Gdy „K” był zapisany, a grywał bardzo często, Romuald zapisywał się również.  Założył sobie nawet zeszyt, w którym rozpisywał, analizował wszystko to, co dotyczyło „K”. Nie udało mu się jednak znaleźć idealnego sposobu, aby go upokorzyć…


Romuald wpadł w pewien rodzaj transu. Szachy przestały się dla niego liczyć i nawet tego nie zauważył. 



Romuald zjawił się na sali gry jako jeden z pierwszych. Dawno temu, żył takimi momentami. Teraz usiadł z boku i czekał, aż zacznie się turniej. "K" przyjechał w ostatniej chwili, nawet odrobinę się spóźnił. Na widok "K" Romualdowi błysnęło w w głowie - "A więc, jesteś!". Rozpoczął się turniej. Romualdowi zupełnie zawody nie szły. Po pięciu rundach miał dwa punkty, ale zupełnie się tym nie przejmował. Zyskał dzięki temu status uważnego obserwatora. W czasie partii myślał nawet - "Erynie, pomóżcie, proszę, bądźcie dziś dla mnie łaskawe". 

W ostatniej rundzie Romuald grał na dalekim, 22 stole. Przed rozpoczęciem, zdążył zauważyć "K", usadawiającego się przy trzecim stoliku. "A więc, jeśli wygrasz, będziesz w nagrodach", pomyślał. Romuald zupełnie nie potrafił skoncentrować się na swoim pojedynku. Pod koniec rundy zauważył, że wokół trzeciego stolika tworzy się duże zbiegowisko. "Jak u Girarda, dwóch się bije i od razu reszta zamyka ich w pierścieniu. Remisować" - pomyślał. Romuald zaproponował remis przeciwnikowi, który zgodził się bez namysłu. Szybko udał się w kierunku trzeciego stołu, z trudem przedarł się przez gęsty tłum gapiów i zobaczył taki  oto widok. Z jednej strony siedział "K", wyprostowany, z rękami splecionymi na piersiach, triumfalnie rozglądający się dokoła. Z drugiej przeciwnik, zgarbiony, z pierwszymi zwiastunami rezygnacji na twarzy. Na szachownicy stała skomplikowana pozycja. "K" miał dwa wolne, zaawansowane piony, jego przeciwnik kilka aktywnych figur. W pewnym momencie "K" wystrzelił palcami, jak z rewolweru, w kierunku swoich dwóch, złączonych pionów, mówiąc:

-Dwa samce, oba kotne, za chwilę święto Przemienienia Pańskiego!

Czas upływał. Romuald zebrał się w sobie i zaczął szybko analizować. Jedyną szansą był matowy atak, ale czy z tego co zostało na szachownicy, da się zbudować coś konkretnego? W pewnym momencie zrobiło mu się zimno. Tak!! Zdjąć skoczka z linii strzału gońca, nawet go poświęcając, potem ofiara hetmana na "h2" i wieża z "a6", poprzez szacha z pola "h6", matuje na "h1".
Romuald nachylił się i wyszeptał przeciwnikowi "K" do ucha.

-Zostaw te piony. Zabierz konia z "d5", ofiaruj hetmana na "h2". Resztę znajdziesz.

"K" zamarł na chwilę, poczerwieniał na twarzy i zawołał.

- Sędzia, sędzia, tutaj prowadzone są niedozwolone rozmowy!

Romuald jeszcze raz spotkał się wzrokiem z przeciwnikiem "K" i spojrzał na skoczka na "d5" w ten sposób, jakby chciał powiedzieć bez słów: "No zabierz. Zdejmij go stąd!".

Romuald zobaczył jeszcze przeciwnika "K", poświęcającego skoczka na "c3" i zaczął się przeciskać przez tłum ku wyjściu. Idąc szybkim krokiem usłyszał jeszcze urywki sprzeczki, podniesiony głos "K" i końcowe orzeczenie sędziego "Nie widzę powodów. Kontynuować grę." Romuald stanął w drzwiach i czekał. Nie chciał zbyt szybko rozstawać się z tą sytuacją. Zbyt długo czekał na ten moment. Wreszcie partia zakończyła się, "K" przegrał. Tłum  zaczął falować, w końcu wypluł "K", który prawie krzyczał - "Gdzie on jest? No gdzie on jest??". Wreszcie zauważył Romualda przy drzwiach i zaczął iść szybko w jego kierunku.
Gdy już był blisko, Romuald pomyślał nawet, że nie ruszy się z miejsca. "A złap mnie nawet, rozszarp. Teraz mi nie zależy, gdy już wypadłeś z nagród!" Jednak, gdy "K" był o jeden krok od Romualda i wyciągał w jego kierunku ręce, zadziałał zwykły instynkt. Romuald pchnął drzwi i wybiegł przed budynek. Biegł, biegł coraz szybciej, a z jego piersi wydobył się dziki okrzyk radości. "Wykonało się!".



Mały, Szary Człowiek zakończył swoją opowieść. W pokoju zrobiło się cicho. Wyjrzałem za okno. Za lasem, na horyzoncie, chmury rozerwały się i niebo zaróżowiło się. Słońce niczym podłużny, pomarańczowy sopel, zachodziło powoli. Zanosiło się na zmianę pogody.

-Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? - przerwałem ciszę.

- Pytaj, póki jest czas.

-Co się stało dalej? Jak się ułożyło dalej Romualdowi w związku z Lilianą? Czy wiadomo coś więcej o "K"?

- Romuald dowiedział się kilka dni później, że "K" od dłuższego czasu nie miał stałego zatrudnienia. Imał się wielu prac. Kopał studnie, stróżował za kilka złotych za godzinę na parkingach, roznosił nawet ulotki. Ważne były też dla niego dochody z wygranych na turniejach. Miał bardzo chorą córkę, która czekała na zabieg, który nie był refundowany. Podobno liczył się czas i każdy grosz.

- A co się stało z Lilianą?


- Za jakiś czas do Liliany również dotarły wieści o tym, jak postąpił Romuald. Pewnego dnia, gdy wrócił z pracy, zastał pustą szafę i list pozostawiony przez Lilianę na sekretarzyku. Napisała w nim, że odchodzi i żeby jej nie szukał.

- Czy to ty jesteś tym Romualdem z opowiadania? - zapytałem.

- To chyba raczej nie była trudna zagadka.

- Słuchaj, co ja mogę dla ciebie zrobić? Jest jakiś sposób, by przywrócić cię do twojego świata?

- Mojego świata? Raczej resztek, które z niego pozostały. Może jeśli zmieniłbyś motywy swojego postępowania dzięki naszej tu rozmowie, byłaby szansa, bym wrócił do swojego świata...

- Cóż, nie obiecuję, że w pełni zmienię motywy swojego postępowania, to bardzo trudne, ale na pewno będę pracował nad tym intensywniej niż zwykle. Przyznam, że dałeś mi do myślenia. I to bardzo.


Zrobiło się późno. Umówiłem się z Szarym Człowiekiem, że może spać w mojej szufladzie, że jutro zastanowimy się co dalej. Pożegnaliśmy się i udaliśmy się na spoczynek. Rankiem rozglądałem się po mieszkaniu jednak nie znalazłem go. Otwierałem szafki, szafy, komody, szuflady - wszędzie pusto, tylko sterty papierów, które należało uprzątnąć. Co się stało z małym, Szarym Człowiekiem? Czy udało mu się wrócić do swojego świata? Czy zaczął wszystko od nowa? Na te pytania nie znam odpowiedzi... 



wtorek, 15 kwietnia 2014

"Opowieść Szarego Człowieka cz.II"




Mały, Szary Człowiek, nie bez trudu wygramolił się z szuflady i usiadł na tekturowym pudełku ze spinaczami. Wieko pudełka lekko ugięło się pod jego ciężarem. W tym momencie pomyślałem: „Jeśli to sen, to ktoś zadbał w nim o każdy szczegół”. Szary Człowiek rozpoczął z wolna...


„Romuald obudził się wczesnym rankiem, a była to pora dla niego niezwykła. W niedzielę, gdy Liliana nie planowała wyjazdu na działkę, potrafił nie wstawać z łóżka do godziny jedenastej, a nawet dłużej. Spoglądając za okno na opustoszałą ulicę oraz  budynek pobliskiej mleczarni, czuł dziwny niepokój. Było to uczucie, którego nie potrafił do końca nazwać – to był lęk, który jak pająk, siedział wczepiony mocno w jego splot słoneczny, a jednak była też w tym wszystkim jakaś podniosłość,  przedsmak wydarzeń, które miały niebawem nastąpić.

 Liliana spała mocnym snem. Romuald nie chciał jej budzić - musiałby tłumaczyć się gdzie wychodzi i dlaczego oraz czemu planuje wrócić do domu dopiero na kolację. Nie przepadał za tymi rozmowami, które zawsze kończyły się niby niewinnym, a jednak zawierającym lekką nutę oskarżenia, krótkim zdaniem Liliany: „Cóż, zrobisz jak uważasz”. Gdy przechodził do pokoju z garderobą, przypomniała mu się historia pewnego znajomego, który, był do tego stopnia pod pantoflem żony, że gdy zapragnął napić się piwa, otwierał go w łazience przez dwa ręczniki, by ta nie usłyszała. Albo  brał psa i szedł kilka przecznic dalej na swoją ulubioną ławkę, by tam rozkoszować się krótką chwilą wolności. „Jeszcze nie ma ze mną tak źle” – pomyślał Romuald otwierając karton z maślanką…



Był wielkim entuzjastą kolejnictwa. Fascynowały go szczególnie różnego typu pojazdy szynowe. Kolekcjonował katalogi ze starymi lokomotywami spalinowymi, zbierał albumy z nowoczesnymi składami, interesowały go tramwaje miejskie. Zapisał się nawet na kurs motorniczego – myślał, że byłoby czymś niesamowitym zawiadywać ważącym dziesiątki ton stali pojazdem, słyszeć trzaski elektrycznych wyładowań na pantografie, zgrzyty kół podczas ostrych skrętów... Słowem, chciał znaleźć się w tym wszystkim, poczuć to każdym ze zmysłów.
 Drugą jego pasją były szachy, jednak okres, w którym ta gra zawładnęła nim bez reszty, miał już za sobą.

 Pewnego zimnego, listopadowego dnia, jechał tramwajem na tzw. „Wielką Pętlę”, by podejść  do egzaminu na motorniczego. Wsiadając do wagonu, zaczął szukać w kieszeniach płaszcza biletu. Gdy cofnął dłoń, spadł mu  na podłogę czeski periodyk szachowy. Już miał się schylić, by podnieść gazetę, jednak uprzedziła go pewna zwinna, kobieca dłoń. Wtedy pierwszy raz ujrzał Lilianę. Patrzył na nią skonsternowany, nie wiedząc, czy ma poprosić o zwrot magazynu i w jaki sposób się do niej zwrócić. Liliana z zaciekawieniem przerzucała strony. Wreszcie wyrzuciła z siebie szybko:

- Ależ, to wszystko piękne! Działalność ludzkiego intelektu. Takie małe dzieła sztuki zapisane na diagramach, zawsze pod ręką i ogólnie dostępne. Pan rozwiązuje te układy?

- To nie są żadne układy, tylko zapisy partii turniejowych – odparł Romuald niegrzecznie - pozwoli pani? – mówiąc to, zabrał jej gazetę i pospiesznie schował do kieszeni. Rozmowa urwała się. W krótkim czasie okazało się jednak, że jadą w to samo miejsce i w tym samym celu.

Romuald nie czekał długo na egzamin, wyjechał na trasę jako drugi. Liliana miała zdawać jako ostatnia. Egzamin zakończył się dla Romualda totalną katastrofą – w pewnym momencie, na jednym ze skrzyżowań, wymusił pierwszeństwo na wyjeżdżającym z jednej z głównych ulic, aucie osobowym. Właściwie tylko dzięki przytomnej reakcji egzaminatora, który w ostatniej chwili zahamował ostro (prawie stając na hamulcach) nie doszło do poważnego wypadku. Przejeżdżająca Dacia Logan mogła zostać rozerwana na dwie części przednim dyszlem tramwaju. Romuald blady jak kartka papieru zamienił się miejscami z egzaminatorem. Przystanek przed „Wielką Pętlą” podpisał dokument i wysiadł. Nie chciał, by pozostali oczekujący byli świadkami jego klęski.

Jakież było zdziwienie Romualda, gdy po dwóch dniach usłyszał dzwonek do drzwi, w których ujrzał… Lilianę.

- To pani? Ale skąd pani, jak.. – wymamrotał Romuald.

- Zobaczyłam pana adres na karcie egzaminacyjnej – przerwała mu.

Stali jakiś czas, mierząc się wzrokiem. Wreszcie Liliana odezwała się:

- Będziemy tak rozmawiać w przejściu? Nie zaprosi mnie pan do środka?

- Ależ tak, proszę… Proszę, niech pani wejdzie – odpowiedział Romuald zmieszany.

Liliana została u Romualda. Tworzyli parę, dla której fizyczność nie była najważniejsza - wszystko co było dla nich ważne realizowało się we wzniosłych rejonach sublimacji. Doszło, co prawda, po kilku tygodniach między nimi do zbliżenia, jednak Romuald, zupełnie nie obyty w tych sprawach, nie sprostał zadaniu. Resztę nocy leżeli wtuleni w siebie. Liliana szeptała Romualdowi do ucha cichą, prostą mantrę: „No już, no już…”.

Uwielbiała, gdy Romuald opowiadał jej o szachach. Mogła słuchać tych historii w nieskończoność. Chłonęła życiorysy starych, wielkich mistrzów. Romuald pokazywał jej na szachownicy nieśmiertelne kombinacje, tłumaczył przepisy. Któregoś dnia, zaproponował Lilianie rozegranie partii szachów. Ta jednak, zerwała się szybko, stanęła nad nim w pozycji obronnej, nastroszona niczym tokujący żuraw, i wymówiła się od gry innymi obowiązkami. Romuald nie zaproponował jej już więcej pojedynku. Sam słuchał chętnie codziennych, „tramwajowych relacji” Liliany, która w ten dzień   zdała egzamin i zaczęła pracę na jednej z linii...




Romuald dopił maślankę, ubrał półbuty i swój stary, znoszony płaszcz i wyszedł cicho z mieszkania. Jechał na turniej szachowy, jednak nie odczuwał z tego powodu żadnej przyjemności. Od dawna powodowała nim obsesja zemsty na pewnym człowieku. Chodziło o "K".


Cdn.


sobota, 12 kwietnia 2014

"Opowieść Szarego Człowieka cz. I"




Pogoda niczym brzydka, nadęta ropucha, zawisła nad moim domem i tak sobie wisiała od dobrych kilku dni. Deszcz nie ustawał. Wyglądałem więc z rosnącym zniecierpliwieniem jakiegokolwiek ruchu w górnych warstwach atmosfery. Czas wolny postanowiłem spożytkować segregując papiery, dokumenty – hałdy, zwaliska nic nie wartej makulatury. Gdy zabrałem się na poważnie za robotę, przekonałem się szybko, że walczę z własną nieuwagą. Pozostawione na regałach reklamy z dyskontów sprzed paru lat, gazety: przeczytane, nieprzeczytane, niedoczytane, po które już nigdy nie sięgnę by je dokończyć, pożółkłe faktury - ileż się tego uzbierało od ostatniej, "ostatecznej” akcji czyszczenia tej stajni Augiasza! A potem  pewnie znów mnie poniesie w jakże mi znane manowce. Po opanowaniu chaosu nastąpi solenna obietnica, że już będę bardziej czujny, co jest w istocie samym jądrem nieuwagi i dalej rozpocznie się powolny, nieuchronny proces zbliżania się do stanu wymagającego kolejnej, wielkiej akcji sprzątania.

W pewnym momencie podczas porządków, niosąc pokaźne naręcze teczek z rachunkami zapłaconymi, zauważyłem gdzieś między papierami, na samym dnie jednej z szuflad, nieznaczny ruch. „Mysz, czy ki czort?” – pomyślałem. Odłożyłem teczki i sięgnąłem po leżący w pobliżu opasły katalog aut ciężarowych, zwinąłem go w rulon i zbliżyłem się powoli do szuflady. „Byle nie szczur, jeszcze się rzuci na mnie. Pewnie mysz. Raczej na pewno mysz”- przeszło mi jeszcze przez głowę. Powoli, dużym palcem stopy, (unosząc jednocześnie mój papierowy oręż) wysunąłem do samego końca szufladę i… w tej pozycji już pozostałem. Na dnie stała mała, wielkości szachowego laufra, ludzka postać. Był to mężczyzna, średniego wieku, w okularach i szarym prochowcu, sięgającym za kolana. Spoglądał na mnie przestraszonym wzrokiem znad okularów, które wisiały na samym końcu jego wydatnego nosa. Stałem zdębiały, a szok nie pozwalał mi wydusić z siebie ani słowa. Kłopotliwe, pełne napięcia milczenie przedłużało się. Wreszcie mały człowieczek odezwał się wskazując na moją uniesioną rękę:

- Twoja mina wyraża stan najwyższego zaskoczenia. Wyglądasz jak mąż, który zastał żonę z najlepszym przyjacielem. Jednak mordercy mi nie przypominasz. Chyba nie zamierzasz mnie pacnąć tym żurnałem? Raczej nie przeżyłbym tego…

- Słucham?? – wychrypiałem.

- Wygląda na to, że gdy mówisz „słucham”, w rzeczywistości nie słuchasz. Długo jesteś w stanie wytrwać w tej pozycji?

- To się nie dzieje naprawdę – powiedziałem do siebie powoli - Wczoraj wieczorem był bar, owszem, i tam mi pewnie dosypali czegoś, a teraz pękają ze śmiechu. I nawet się domyślam kto to zrobił.

- Jeśli to, co ci się wydaje, nie jest realne to i ty nie możesz być prawdziwy. Odłożysz wreszcie tę gazetę?

Tego już było za wiele. Osunąłem się na krzesło, odłożyłem katalog i zacząłem pocierać palcami nos, powtarzając cicho: ”Jest źle. Źle jest z tobą i już. Nie ma co się oszukiwać. Nie jest dobrze”.

- W takim razie zrób tak – kontynuował mały człowieczek – porozmawiaj ze mną. W końcu jeśli mnie nie ma, zniknę teraz lub za jakiś czas. Jeśli rozmowa potrwa dłużej, z każdą wymianą zdań twoja pewność będzie rosła. Rozumiesz, Popper i jego zasada falsyfikowalności…

Zebrałem się wreszcie w sobie i zwróciłem się wprost do małego jegomościa.

- Czy mógłbyś mi, jeśli łaska, wyjawić kim jesteś i co robisz w moim mieszkaniu?

- Nareszcie jakieś sensowne pytania. Jestem tutaj, ponieważ na razie nie mam możliwości powrotu do mojego świata. Wykluczyłem się z niego sam, gdyż owładnęło mną pragnienie… nie, to zbyt małe słowo… owładnęła mną obsesja zemsty na pewnym człowieku. Tak ważne są motywy postępowania – ja kierowałem się uczuciem, które zrujnowało moje życie. Przyglądasz się choć czasem motywom twojego postępowania?

- Noo, tak, zdarza mi się chwila refleksji nad sobą. A co masz konkretnie na myśli?

- Wieczorami widzę cię często, gdy siadasz do szachownicy, by trenować. Ja sobie siadam wtedy z boku, o tutaj, na tym albumie „Parki Narodowe Polski” tak, żebyś mnie przypadkiem nie zauważył i obserwuję cię.

- Piękne dzięki mały podglądaczu – przerwałem mu poirytowany – robisz dokładnie to, na czym wiele stacji telewizyjnych zbiło całkiem niezłą fortunę. Co ja mówię!? Gorzej! Tam uczestnicy chociaż wiedzieli, że będą podglądani i zgodzili się na to.

- Patrzę na ciebie, bo chcę cię dobrze poznać, nie dla taniej sensacji. A tak swoją drogą, człowieka można najlepiej poznać obserwując go, gdy jest sam. Spada wtedy wiele masek.

- Z tym akurat się zgodzę.

- Wracając do twoich wieczornych zajęć przy szachownicy – gdy analizujesz cudze partie, jesteś żywo zainteresowany, uśmiechasz się czasem. Gdy siadasz do własnych partii twoja twarz tężeje i ma zawzięty wyraz. Chcesz na swoich przeciwnikach wziąć srogi rewanż, prawda?

- No tak… Zgadza się, ale taki jest sport. Mam im oddawać punkty za darmo?

- Widzisz, chcieć wziąć na kimś rewanż to, w istocie, pragnąć zemsty. Zgodzisz się z tym? Od zemsty, do zemsty – taka jest twoja droga odkąd znalazłeś się w tym sporcie.

- Wiesz, teraz nie jestem w stanie spierać się z tobą o znaczenia słów.

- W takim razie opowiem ci jeden dzień z życia pewnego człowieka. To wiele wyjaśni. Może najpierw zrobisz sobie ulubionej kawy - z dodatkiem mleka i łyżeczką miodu? Musisz nieco ochłonąć.

- Nawet wiesz jaką kawę lubię. Ciekawe czego jeszcze się o sobie dowiem?

Miałem już udać się do kuchni, by nastawić czajnik, gdy znów ze zdwojoną siłą dotarło do mnie, w jak absurdalnej sytuacji się znalazłem. Pomyślałem – „Może i jemu zaproponuję kawę? Ale w czym mu niby ją podam? W naparstku?” Zostałem na miejscu. Sięgnąłem tylko po butelkę z wodą, z której upiłem niewielki łyk. Byłem jak zawodowy bokser po trzech, ciężkich nokautach.

- Jesteś gotowy? A więc, posłuchaj uważnie - powiedział mały człowieczek.


Cdn.


czwartek, 3 kwietnia 2014

"Radosław Wojtaszek i Monika Soćko ze złotymi medalami MP w szachach 2014r.! Gratulacje!




Bardzo dobrą intuicję przed pojedynkiem Pawła Weichholda z Janem Dudą miał kandydat na mistrza Kacper Polok, który w jednym z komentarzy bardzo dokładnie przewidział przebieg tej partii. Ja takiej przedmeczowej wkrętki nie miałem w to spotkanie.
 Weichhold zagrał tę partię kapitalnie - zwłaszcza tuż przed kontrolą czasu, na wiszącej chorągiewce, kiedy wydawało się, że Duda przejmuje inicjatywę, znajdywał bardzo dobre posunięcia. Natomiast cała partia Dudy z Wojtaszkiem oraz w partii ostatniej uderzenie "W:f2", to była odwaga połączona z brawurą młodego arcymistrza. Co ciekawe, przed zbiciem "W:f2" byłem wręcz pewny, że to posunięcie nastąpi.
 Cóż, Jan Duda mógł w cuglach wygrać MP jednak w końcówce turnieju nieco przeszarżował. Wyprzedzili go Wojtaszek i Gajewski. I tak jestem pod dużym wrażeniem partii Dudy z tego turnieju - chłopak ma głowę pełną pomysłów, fantazję, wolę walki, ambicję - wszystkie te cechy w połączeniu z dużą wiedzą szachową składają się na obraz zawodnika przed którym przyszłość stoi otworem.

Gdy ujrzałem miejsca Darka Świercza i Mateusza Bartla w tabeli końcowej pierwszą myślą, która mi się nasunęła, było zdanie-cytat: "And so much from the glory of Rome". Nie spodziewałem się, że kadrowicze tak słabo zagrają. Przed turniejem byłem pewny, że będą  się liczyć w walce o medale. Wyprzedzili ich tacy zawodnicy jak: grający bezkompromisowe szachy Krzysztof Jakubowski, Bartłomiej "Bartas" Heberla, czy często wymieniany przeze mnie Tomasz Markowski.

W turnieju pań zwyciężyła największa osobowość polskich szachów, arcymistrzyni Monika Soćko. Monika, gdy jest w formie, nie ma na krajowym podwórku konkurencji. Drugie miejsce zajęła Jola Zawadzka, trzecie miejsce wywalczyła wcale nie niespodziewanie Klaudia Kulon.

Cały czas zastanawiam się nad formułą rozgrywania MP mężczyzn i stopniowo dochodzę do wniosków, które przeczą moim wcześniejszym zapatrywaniom na tą sprawę. Otóż, gdy MP odbywały się jeszcze w systemie kołowym, narzekałem, że grają "te same nazwiska", że przydałaby się domieszka "świeżej krwi". Tak się jakoś złożyło, że od kilku lat jest owa domieszka "świeżej krwi", jednak to nie działa tak jak powinno. Odkąd zaczął się w MP "szwajcar", wielu zawodników w tym turnieju bierze po prostu udział i... to wszystko! W związku z tym, coraz bardziej skłaniam się ku powrotowi do elitarnego systemu kołowego - nie interesuje mnie walka kilku, którym zależy, z resztą, która nie ma większych pretensji do walki o medale, wysokie miejsca itp.. Jakby się kto pytał - to mówcie, że jestem za systemem kołowym.

Zwyciężył dobrze grający Radek Wojtaszek, który zaczął z mozołem, jednak w końcówce szedł na "pełnych obrotach". Najbliższym turniejem Radka Wojtaszka będzie memoriał zmarłego niedawno Wugara Gaszymowa. Będzie to turniej "B", jednak tacy uczestnicy jak  Francuz Etienne Bacrot, Chińczyk Wang Hao, czy Ukrainiec Paweł Eljanow są dowodem na to, że to nie są przelewki. Turniej rozpoczyna się 19 kwietnia i potrwa do końca kwietnia. Czasy są takie, że szachowa posucha nie potrwa długo. I dobrze!


wtorek, 1 kwietnia 2014

"Triumf doświadczenia nad młodością w pojedynku Duda - Wojtaszek"




Zimny prysznic spadł na głowę, chyba nieco zbyt rozgorączkowanego ostatnią serią zwycięstw, Jana Krzysztofa Dudy. Poszedł ostry jak brzytwa Najdorf, wariant, w którym Wojtaszek wygrał świetną partię z Nisipeanu na ME. Żeby pójść na coś takiego białymi, trzeba mieć pod marynarką schowany obuch, kij lub kawałek płyty chodnikowej. Okazuje się, że Janek nie zaprezentował w tej partii znaczącego wzmocnienia i szybko przegrał, a Wojtaszek zagrał pewnie. Jak profesor.

Świetnie poprowadził swój pojedynek Tomasz Markowski, od którego można się uczyć techniki. To są właśnie jego szachy - uzyskać techniczną pozycję, a następnie manewrując poprawiać położenie figur, pionów, wzmacniać, by w odpowiednim momencie zadusić ofiarę - to jest prawie stuprocentowy ekstrakt z Flohra, Capablanki i naszego Akiby Rubinsteina wziętych razem. Bez techniki nie można liczyć na wiele w tym sporcie tak samo jak bez doskonałej znajomości debiutów, czy taktycznego "kopa". Iluż by tej partii nie dowiozło do szczęśliwego finału? Deska wyżej w tej rundzie - znów sprawa rozbiła się o technikę - GM Krzysztof Jakubowski miał konia i trzy piony przeciwko wieży. Była wygrana, czy nie? I znów - kto by tę pozycję wygrał białymi, a kto zremisował lub przegrał czarnymi?

 Na blogach, portalach, stronach, toczy się od dłuższego czasu, moim  zdaniem nieco wydumany spór o to, jaka część partii szachów jest najważniejsza. Przez pryzmat tych trzech  wymienionych przeze mnie pojedynków widać, że nikt, choćby nie wiem jak chciał, nie przeciągnie liny na swoją stronę. Pierwsza deska - typowa bitwa debiutowa, w pewnym momencie następuje jakaś nieudana nowinka i... wszystko przepada. To jest znajomość debiutu i punkty za to - Radek Wojtaszek wygrał miniaturę i dopisał sobie cenne oczko w tabeli. Niżej, przeszedł debiut jest końcówka z przewagą i komuś brakuje techniki - tym samym musi zadowolić się remisem. Jeszcze niżej, ktoś ma świetną technikę i dopisuje sobie cały punkt w tabeli. Punkty mają taką samą wartość w szachach - i te zdobyte dzięki debiutom i te uzyskane dzięki technice. Czyż odpowiedzią w tym sporze nie jest przypadkiem prozaiczne stwierdzenie, że bez doskonałej, bardzo głębokiej znajomości całej partii szachów nie ma wielkich szans na wdrapanie się na sam szczyt, dostępny tylko nielicznym?  

W sumie każde słowo, które wypowiadam, weryfikuje następna runda. Nie jest łatwo cokolwiek przewidzieć, dobrze wieszczyć. Jednak nie chodzi przecież o to, by milczeć jak  kamienny sfinks do końca zawodów i gdy wszystko okaże się jasne, pracować na faktach, a nie na domniemaniach. Lubię w szachach domniemywać, mylić się nawet, zawracać z różnych kierunków - ślepych zaułków, kluczyć. Nie byłoby dla mnie żadnej zabawy pisać tylko o tym co już zaistniało, minimalizując do zera ryzyko pomyłek. Wczoraj byłem nakręcony, dziś już w moim pisaniu jestem bardziej stonowany. Ale to są szachy - z wielu cech człowieczych, które można zdobyć dzięki tej grze - pokora, jest jedną z podstawowych. 

Jutro kojarzenie szczęśliwe dla Jana Dudy, który zagra z Pawłem Weichholdem. Wojtaszek trafił na Bartla, Gajewski na Tomczaka. Jutro też wszystko będzie jasne.