piątek, 29 lipca 2016

Wesela i tropiki!


Może część z was nie jest zorientowana w temacie, ale pomiędzy organizatorami rozgrywek drużynowych juniorów trwa jedyna w swoim rodzaju rywalizacja na najbardziej koszmarnie zorganizowane zawody dla młodego pokolenia szachistów. Wiem, że interesuje was występ Radka Wojtaszka w turnieju Pojkowskij, jednak warto, abyście oderwali się choć na moment od wielkich szachów i dali wciągnąć w ten porywający mecz. Rywalizują naprawdę silne zespoły z Suchedniowa oraz Iwonicza i walka jest tak zażarta, że najprawdopodobniej do samego końca obu turniejów nie będzie wiadomo, kto tutaj weźmie pierwszą nagrodę. Suchedniów ma swoje atuty - mianowicie juniorzy są zmuszeni słuchać do późnych godzin nocnych muzyki weselnej, grane są fajne kawałki, włącznie z nieśmiertelnym hitem "Żono, moja, serce moje" itd. Przyznacie, że jest to mocny atut w rękach Suchedniowa. Wiecie ja też w życiu trochę widziałem - byłem na kilku weselach - najbardziej oryginalne wesele wraz ze ślubem widziałem w Pałacu Chanów na Krymie (Krym był  wtedy jeszcze ukraiński), był to muzułmański ślub, byłem też ślubie i weselu prawosławnym w Kijowie, ale na połączeniu turnieju szachowego z weselem jeszcze nie miałem nieprzyjemności być i w ogóle gdyby się to nie zdarzyło, nigdy na takie coś w swoich wyobrażeniach bym nie natrafił, chodzi o połączenie jednego z drugim. A jednak! To jest i dzieje się naprawdę.

 Iwonicz boryka się z kolei ze strasznym, tropikalnym gorącem oraz tłokiem. Sala wedle informacji tych, którzy są na miejscu może pomieścić maksymalnie kilkudziesięciu uczestników, jednak jest koło dwóch setek dzieciaków, a ową salę, czy jak kto woli miejsce spędu, obsługują dwa wentylatory. Zdaje się nikt jeszcze nie zemdlał, więc nie ma tak źle, żeby tylko ktoś z senepidu się tym nie zainteresował, lub z nadzoru budowlanego, to jest pewna szansa, że turniej zostanie sfinalizowany. No to komu by tu przyznać pierwszą nagrodę? Macie dylemat? Ja tak!

Wesela podczas turnieju nie przeżyłem, więc nie wiem jak to jest. O gorącu na sali gry co nieco wiem. Jakiś czas temu grałem turniej w Pszczynie w dawnych stajniach. Była to dość duża sala, wchodziło się przez wrota, a na dworze również panował przytłaczający, odbierający rozum, szalony upał. Pamiętam, jak moja przeciwniczka uśmiechnęła się do mnie, gdy w okolicy 1o posunięcia z mojego czoła, przez nos, potoczyła się strużka potu i w ostatniej chwili cofnąłem głowę znad szachownicy, żeby mój pot nie spadł na deskę, a na stolik na którym graliśmy. Udało się - pot starłem chusteczką higieniczną. W temacie "tropiki" nie jestem zupełną nogą, natomiast w klimatach turniejowo-weselnych nigdy nie byłem, dlatego sorki, nie udzielę wam wyczerpujących informacji.

Jakiś czas temu ostro na mnie wielu ludzi wsiadło za to, że mówiłem do młodych ludzi, żeby się zastanowili, czy chcą iść drogą profesjonalnej kariery, ponieważ to jest sport tylko dla najlepszych, którzy mają szansę w cieplarnianych (no tak!) warunkach, rozwijać swój talent. To o czym ja słyszę z różnych relacji, nie jest sportem tylko survivalem, szkołą przetrwania młodych ludzi, którzy jeszcze chcą w szachy grać w naszym kraju. Za kilka lat, gdy obecni, relatywnie nieźli arcymistrzowie prawem biologii się wykruszą, nic nie pozostanie i nawet nie będą to już tropiki, tylko równie gorąca pustynia. Kto za to wszystko odpowiada?

Na koniec afera alkoholowa - nie będę pisał o tym zdarzeniu szczegółowo - o tym można poczytać w różnych miejscach, na przykład tu: http://kolokwium.blogspot.com/2016/07/opowiesc-o-dobrym-czowieku.html jest to artykuł Tomka Ptaszyńskiego, który jest sędzią szachowym z charakterem (w Polsce rzadka rzecz!). Młodzież za skandaliczne schlanie się na zawodach rangi mistrzowskiej nie poniosła żadnej kary (poza karą formalną) Sprawa nabrała tempa, ponieważ cześć ludzi nie odpuściła tego tematu, w przeciwnym wypadku rzecz byłaby zamieciona pod dywan i uznana za niebyłą. Jest to niebezpieczny precedens, który najprawdopodobniej wpłynie negatywnie na młodzież w przyszłości, a takie zdarzenia w dalszym ciągu będą eskalować. Atypedagogika pełną gębą i to nie wynikająca z jakiegoś zamysłu, a tchórzostwa ludzi odpowiedzialnych za przykładne ukaranie młodych ludzi. Wstyd!


poniedziałek, 18 lipca 2016

Triumf Grzegorza Gajewskiego na Festiwalu Mieczysława Najdorfa w Warszawie!!


Właściwie nie wiem kto zrobił ten krótki film na jednej z ruchliwych ulic Moskwy. Mamy ujęcie z chodnika na przechodniów, którzy spiesznie mijają miejsce w którym stoi filmujący. Na ulicy suną auta, wszystko to dzieje się jakby w przyspieszonym tempie, efekt jak z filmów z początków kinematografii. Nagle w oddali pojawia się dwóch mężczyzn - jednym z nich jest Vishy Anand, drugim arcymistrz Grzegorz Gajewski. Gdy zbliżają się do kadru widać jak są w siebie wklejeni - Wielki Mistrz i jego czasowe alter ego. Szli szybko pogrążeni w myślach, jakby nie do końca obecni w "tu i teraz"...

Bardzo spodobał mi się ten krótki film. Nasz szachista terminując u geniusza naszych czasów miał możliwość poznać szachy z najwyższej półki od zaplecza. Taka nobilitacja wyciąga szachistę łaknącego nowego impulsu twórczego z marazmu, zmusza do tytanicznej pracy i choć jest to praca dla kogoś, to setki godzin katorżniczej pracy nie znika, nie przepada. Wielu szachistów z pocałowaniem ręki rzuciłoby się w wir pomocy takiej legendzie światowych szachów. Grzegorz Gajewski to szczęście miał.

Warszawski Festiwal Miguela Najdorfa nasz arcymistrz wygrał pewnie, zresztą openy to jego specjalność. Na fecebooku napisał tak :"Mega się cieszę z tej wygranej zwłaszcza, że jak na mój szemrany styl, to grałem naprawdę solidne szachy." Zwycięzców się nie osądza - to podstawowa zasada. Zupełnie mnie nie interesuje w jakim stylu wygrywa zawody ktoś, komu kibicuję. To jest zadanie przede wszystkim dla zwycięzcy, aby dokładnie, krytycznie przeanalizował swój występ, potem ewentualnie oceni tą grę kilku koneserów. Dla mnie, jako kibica, liczy się przede wszystkim skuteczność. Znam takich, którzy uwielbiają, gdy jego zawodnik, zawodniczka, zespół gra pięknie, cieszą się gdy w pięknym stylu na jakimś etapie kończą turnieje, nie wygrywając. Nie mam w sobie podobnych fantazji o tym by mój sportowiec "pięknie ginął". Zdecydowanie wolę by brzydko wygrywał. Niech mnie mdli gdy oglądam jego grę ale niech wygrywa. Grzegorz Gajewski zdominował ten silny open, zwłaszcza w ostatnich rundach był niezwykle skuteczny, do końca zachował zimną krew. Moje gratulacje za ten turniej i powodzenia w kolejnych!

Decydujący mecz G.Gajewskiego z Hrantem Melkumyanem z Armenii. (fot. Lena Skrzypczak)

Tak trochę "pięknie zginął" Mateusz Bartel, który zagrał porywający mecz w ostatniej rundzie z Senguptą z Indii, remisując, ogólnie jednak rzecz ujmując, finisz miał słaby. Jesli chodzi o partię z ostatniej rundy chciałoby się rzec cały Mati Bartel. Partia już zwróciła uwagę arcymistrzów z całego świata - gdy ktoś ją obejrzy, nie będzie zdziwiony. Mateusz Bartel zajął miejsce dwunaste, choć pewnie liczył na więcej, gdyż od początku turnieju rozdawał karty.

Zawiódł, niestety, Kacper Piorun, który z pierwszym numerem startowym występował w roli faworyta. Dwudzieste trzecie miejsce to zły wynik, poza tym Kacper odnotował straty rankingowe. Nasz kadrowicz po raz pierwszy odbił się od szklanego sufitu na którym widnieje napis 2700+, jeszcze nie w tym momencie rozbita zostanie ta bariera. Na moje oko Kacper Piorun jest zmęczony - w ostatnich miesiącach grał dużo, wszędzie go było pełno, a do Olimpiady pozostały już tygodnie. Kacper Piorun napisał, że będzie starał się zregenerować przed najważniejszą imprezą roku.

Zaczął się Lake Sevan z Janem Dudą, który w tym właśnie momencie gra rundę pierwszą z talentem z U.S.A Samuelem Sevianem. Więc na tym przyjdzie nam się teraz skupić. Za jakiś czas Radek Wojtaszek powalczy w silnej kołówce w Rosji. A potem pozostanie nam oczekiwanie na rozpoczęcie bakijskiej Olimpiady. Uff.. gorąco mi się robi, gdy pomyślę, jakie emocje nas czekają...


czwartek, 14 lipca 2016

Ciężkie walki w rundzie siódmej warszawskiego Festiwalu Mieczysława Najdorfa. Bartel w meczu na szczycie gorszy od Ilji Smirina z Izraela.


Zrobiło się późno, a w "Najdorfie" mecze jeszcze trwają. Na przykład trener kadry, Bartosz Soćko, egzaminuje Kacpra Pioruna i ma wielką ochotę pokrzyżować mu plany w osiągnięciu upragnionego pułapu 2700 +. Turniej ten jest dobrze zrealizowany od strony kibica, miałbym tylko jedno "ale": czy nie można by było pomyśleć za rok o cofnięciu godziny rozpoczęcia rundy, powiedzmy na 15.30? W tygodniu ludzie mają do pracy, a i arcymistrzom pewnie nie do końca w smak rozgrywanie tak ciężkich walk do późna w nocy. Jestem ciekaw zdania w tej sprawie zarówno szachistów jak i kibiców...

No tak, komentarze pod moim ostatnim wpisem dotyczącym zgubnego wpływu maszyn na nasz sport, utwierdziły mnie tylko na pozycji sceptyka. Myślę, że jestem osobą o myśleniu dość elastycznym i chętnie swoje poglądy weryfikuję, ulepszam, a nawet zmieniam jeśli mnie ktoś argumentami przebije, w tym wypadku pozostanę jednak przy swoim.

Okazuje się, że pomysł losowego wyboru debiutu oraz miejsca od którego zostanie on rozegrany podoba się wielu szachistom. Piotrek Piesik napisał, że ten pomysł nie jest aż tak głupi, by zaczynać grę od losowo wybranej pozycji, i że z tego mogłaby wyjść jakaś fajna, choć nie dominująca w przyszłości odmiana szachów. W takim razie służę pomysłami. Turniej taki byłby grany z czasem maksymalnie godzinę na partię. Siadając do partii przeciwnicy obok desek widzą trzy woreczki. W jednym są papierki od jeden do piętnastu. Losując z tego worka dowiadujemy się od którego posunięcia zaczynamy partię. A w jakim debiucie? Sędzia przed rundą wędruje między stolikami z opasłym tomiskiem encyklopedii debiutów i grający czarnymi na chybił trafił otwiera księgę. Tam będzie pozycja, którą przeciwnicy zagrają. W pozostałych dwóch workach są papierki od 1 do 60. Każdy z graczy losuje karteczkę. Jaką cyfrę wylosuje taki czas sędzia ustawi na jego zegarze.

Ale czemu te wszystkie zwariowane pomysły mają służyć? Dla mnie takie pragnienia zmian są właśnie przejawem pewnego zakrętu, na jakim znalazły się szachy, za sprawą komputerów. Chęć ucieczki od wielu wieków teorii, myślę, że jest w tym potrzeba większej wolności, odciążenia pamięci, stworzenia sobie przestrzeni, by tworzyć. Ta chęć ucieczki potwierdza w jakimś stopniu tezę, że szachistów, przynajmniej tych grających na wysokim poziomie, komputery przygniotły, ich pamięć jest piekielnie przeciążona. Ja jednak jestem strasznym tradycjonalistą jeśli chodzi o szachy i zupełnie nie przeszkadza mi początkowe ustawienie bierek, choć, nie ma co ukrywać, żaden ze mnie "debiutnik"...

 W szachach klasycznych w rozumieniu początkowego ustawienia figur jest trochę tak jak w demokratycznych wyborach. Tam niby wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku, jednak wielu wyborcom nie podoba się, że w dniu wyborów dostają przed nos listę z gotowymi nazwiskami i tylko i wyłącznie spośród tych szczęśliwców mogą wybierać. Szachy w przeciwieństwie do go, którą tak się zafascynował Morozewicz, są grą na pewnym etapie, już rozpoczętą. Figury już stoją, nabuzowane energiami, my zaś mamy za zadanie z tego początkowego układu coś tam sklecić. Pomysł, by uniknąć wielogodzinnych, żmudnych przygotowań poprzez losowy wybór wariantu szachistom pozwoliłby odetchnąć, jednak byłoby to tak, jakby pozwolić kolarzom na wyścigach rangi Tour, używać na podjazdach mini silników zainstalowanych w rowerowych torpedach. Szachy to ciężki sport, mający za sobą kilkaset lat wytężonej, intelektualnej pracy tysięcy ludzi - kto chce się w to bawić, musi bez szemrania zadać sobie na plecy to brzemię.

Dobrze. Zerknijmy na mecze w naszym "Najdorfie". Mati Bartel uległ, ale grał pięknie i bardzo mi szkoda, że wysadził go z siodła Ilja Smirin z Izraela - bardzo Mateuszowi w tym meczu kibicowałem. Zdaje się, że Kacper Piorun uciekł spod topora, który wisiał nad nim za sprawą Bartosza Soćko - straszna tam się odbyła walka. Widać, że napięcie wzrosło zauważalnie i w samej końcówce turnieju będzie się można rozsmakować.


środa, 13 lipca 2016

Festiwal Najdorfa za półmetkiem: prowadzi Zahar Efimenko z Ukrainy, tuż za nim zaczaił się Bartel z Gajewskim!!


Technologia w szachach od pewnego czasu osiągnęła swój szczyt. Moduły analizujące grają z siłą dla człowieka nieosiągalną, powoli odchodzi pokolenie szachistów, wychowanych na książkach oraz samodzielnej pracy nad szachami. Jeśli chodzi o przyszłość naszego sportu już od dawna jestem sceptykiem, uważam, że ze sprawą komputerów nasza dyscyplina stopniowo będzie popadała w coraz większy regres. Symptomy takiego stanu rzeczy widać już teraz. Myślę, że zdarzeniem przełomowym, po którym nasz sport zmuszony był obrać kolejny, niezbyt szczęśliwy azymut, był mecz Kasparowa z Deep Blue. Po tym pojedynku człowiek stanął na pozycji przegranej i to z maszyną, która nie była inteligentna, za to niesamowicie szybko liczyła warianty, nie męczyła się, a przede wszystkim nie dysponowała uczuciami wyższymi, które w grze przeszkadzają. Według mnie od tego momentu w środowisku profesjonalistów coś pękło, arcymistrzowie zaczęli coraz mocniej poddawać się wpływowi maszyn...

 Pewne ożywienie w pojmowaniu roli komputera w pracy nad szachami wniosło pojawienie się Carlsena, który, będąc jak każdy mistrz świata przede wszystkim praktykiem, postanowił, że to maszyna ma służyć jemu, a nie on maszynie. Magnus znając swoją moc, użył modułów do analizy mało zbadanych pozycji w debiutach, po rozegraniu których miały dojść do głosu jego atuty. Świat szachowy do tego momentu nie może otrząsnąć się z szoku, że da się jednak maszynę podporządkować sobie, uczłowieczając ją niejako, a na Wikinga reszta komputerowych epigonów nie może znaleźć sposobu. Uważam, że jakiś czas to potrwa, choć będzie to służyć tylko jemu. Reszta świata nie może grać tego co on i nie może pójść tą drogą, gdyż tylko on jest tak piekielnie mocny strategicznie i może te miękkie z punktu widzenia walki o inicjatywę w debiucie systemy, bez ryzyka i z powodzeniem stosować.

Mój sceptycyzm co do przyszłości szachów nie bierze się znikąd. Niedawno przeczytałem wywiad z Mają Cziburdanidze, która oznajmiła, że nie ma dla niej niczego gorszego w szachach, niż wielogodzinne przygotowanie na konkretnego przeciwnika. Jej propozycja jest mniej więcej taka, aby partię szachów rozpoczynać od pewnej pozycji, co pozwoliłoby uniknąć żmudnych przygotowań. Jest to oczywiście pomysł roboczy - wygladałoby to tak, że zaczynamy grę od jakiejś losowo wybranej tabiji, a wszystko w obrębie posunięć 1-15. Siadamy i gramy, nie mając wpływu na to co dostaniemy do grania. Straszne dyrdymały. Przyznam, że nie doczytałem tego wszystkiego do końca. Markowi Dworeckiemu pomysł się spodobał, arcymistrz uważa, że można spróbować to precyzować. Według mnie tak wygląda stopniowa dekadencja szachów, gdy podobne pomysły zaczynają się pojawiać i, o zgrozo, są brane całkowicie na poważnie.

 Z kolei Topałow uważa, że pokolenie jego trzyletniej córki, będzie ostatnim pokoleniem szachowych profesjonalistów na naszej planecie. Zakładając, że szachista kończy z grą profesjonalną gdzieś w okolicach 40 lat, nasz sport ma przed sobą jeszcze około 4 dekady.

Wszystko to nie tyle spędza sen z moich powiek - raczej ustawia mój pogląd na przyszłość szachów na stanowisku dość sceptycznym. Według mnie komputery drenują nasz sport, a szachiści nie mają sił by się temu przeciwstawić.

W Najdorfie czekają nas ostatnie rundy. Sytuacja jest bardzo zagmatwana. Prowadzi Efimenko z Ukrainy, jednak trudno powiedzieć, żeby mając pół punktu przewagi nad peletonem był liderem z prawdziwego zdarzenia. W tym turnieju do samego końca wszystko będzie się zmieniać jak w kalejdoskopie, stąd moje zainteresowanie ostatnimi rundami tych zmagań.


poniedziałek, 11 lipca 2016

Po trzech rundach Memoriału Najdorfa Gajewski i Bartel bez strat punktowych i w rundzie czwartej zagrają ze sobą!


Może nie byłem do końca obiektywny i sprawiedliwy pisząc, że nasi nie mają pomysłu na przygotowania do Olimpiady w Baku. Patrząc retrospektywnie pewnie tak było - trwałem jednak pod niemiłym wrażeniem występu Polaków na IME i stąd zapewne padły moje gorzkie słowa. Gwoli sprawiedliwości nasi kadrowicze są widoczni, intensywnie pracują i kto wie, może na najważniejszej imprezie szachowej roku w Azerbejdżanie zobaczymy tego efekty? Można by długo rozwodzić się nad kwestią przygotowań do ważnych imprez w sporcie, a tym samym w szachach, jednak fakty są tutaj dość oczywiste: jedni potrafią się przygotować, odpowiednio dozując obciążenia i wiedzą co robią, innym wydaje się, że wiedzą co robią i z tą formą nie trafiają.

 Bardzo ciekawy jest tutaj przykład Grześka Gajewskiego, który po maglu, pod który wpadł, analizując dla Ananda, wrócił do Polski w stanie śniętym. Następnie musiał zasiąść do gry w MP. To były straszne katusze - pamiętam jego krótki tekst, który napisał na facebooku przed ostatnią rundą turnieju. Napisał coś w stylu " Jeszcze tylko jedna", czy jakoś tak. Chodziło o to, że nasza arcymistrz marzył już tylko o odpoczynku. Wtedy pisałem, że jestem bardzo ciekaw jego gry na pełnym kopycie, widząc go świeżego, wyspanego, siadającego z uśmiechem do wypełniania blankietów przed partią. "Najdorf" to idealny turniej, by zobaczyć jaka jest jego forma. Po wczorajszej partii z Kowalenką nie mam wątpliwości, ze sprężyna formy u naszego arcymistrza napięta jest bardzo mocno. Ładną partię, taką, którą szczególnie lubię się rozkoszować, zagrał Mateusz Bartel i po trzech rundach możemy być naprawdę zadowoleni z tej pierwszej odsłony warszawskiego turnieju. Dziś obaj Polacy, niestety nie zakończą rundy w dalszym ciągu będąc w posiadaniu kompletu zwycięstw, ponieważ zagrają ze sobą.

Fajnie się ogląda "Najdorfa" - podoba mi się ta mieszanka arcymistrzów z Polski i innych krajów, gdzie jako okrasę mamy też nasze kadrowiczki, juniorów i juniorki. Naprawdę, jest na co popatrzeć.

Powoli kompletują się składy drużyn narodowych na Olimpiadę w Baku. Rosjanie tradycyjnie wystawili "dream team" i mając taki skład planują wrócić do swojego kraju z medalem złotym. W drużynie Ukrainy nie zobaczymy Iwanczuka, który zawsze chadzał własnymi ścieżkami i w czasie turnieju zagra w turnieju warcabów stupolowych w... polskim Karpaczu! W takim układzie pierwszą deskę w zespole ukraińskim obejmie Rusłan Ponomariow. Jako ciekawostkę mogę wam powiedzieć też, że Aleksander Morozewicz uważa swoją profesjonalną karierę w szachach za zamkniętą - teraz gra w GO i jest tą grą wprost zachwycony.

Czekam na początek rundy piątej rundy Memoriału Najdorfa...


sobota, 9 lipca 2016

W Warszawie ruszyła kolejna edycja festiwalu Miguela Najdorfa! Na czele listy startowej Kacper Piorun - 2685 elo!


Wakacje, to czas, w którym pasjonaci szachów podróżują po Polsce, biorą udział w wielu openach, rywalizując łączą sport z wypoczynkiem. Na tym bogatym turniejowym firmamencie warszawski festiwal Miguela Najdorfa (wolę bliższą Polakom wersję: Mieczysława Najdorfa) zajmuje miejsce szczególne. Jest to bardzo mocny open, który rokrocznie gromadzi rekordową liczbę uczestników. Nasze szachistki i szachiści mogą, za stosunkowo niedużą kwotę sprawdzić się w rywalizacji z naprawdę silnymi arcymistrzami. Uważam, że nie ma co wybrzydzać, dyskutując o tym, jak powinien wyglądać skład w "Najdorfie", wyliczając kto tutaj powinien grać, a nie gra. Ten skład, który jest, to wystarczająco interesująca mieszanka silnych arcymistrzów z Polski, krajów ościennych, mamy tutaj wielu utalentowanych juniorów, są też młode juniorki, nasi kadrowicze i kadrowiczki itd. Ten tort ma wiele smaków, więc można wybierać sobie do woli i każdy kibic powinien oglądać ten turniej z dużą satysfakcją. Tak właśnie jest ze mną - jakiś czas nie odzywałem się, gdyż byłem w miejscach, w których było bardzo trudno o zasięg. Zresztą nie będę owijał w bawełnę: nawet gdybym mógł pisać, nie zrobiłbym tego, gdyż chciałem odzyskać nieco pisarskiej świeżości.

Zobaczmy, więc co tam za nazwiska są w tym kapitalnym openie i co może nas kibiców, szczególnie zainteresować. Z szachistów zagranicznych na uwagę zasługuje Gata Kamski, który jakiś czas temu na jednym z serwisów ujawnił dość sensacyjny kawałek ze swojego życia, mianowicie opowiedział o swoim, trwającym lata mocnym uzależnieniu od gier komputerowych. Prawdopodobnie właśnie ta przypadłość nie pozwoliła mu utrzymać się zbyt długo w ścisłej czołówce światowej.

Grają nasi kadrowicze, lecz nie wszyscy. Kacper Piorun otwiera listę startową, jest więc w pozycji dla siebie nowej - występuje w roli faworyta. Ciekawe, czy utrzyma deskę oraz czy zrobi kolejny krok w kierunku wymarzonego miejsca w klubie 2700 +. Zostało mu kilkanaście oczek elo. Jeśli myśli się o tym, że jest do przekroczenia jakaś bariera, zrobić to trudniej, jeśli gra się jakby nigdy nic, zasadniczo łatwiej brać różne przeszkody. Mając jednak taki ranking, raczej trudno nie myśleć o tym, jak niewiele zostało, by zawitać do tego, cokolwiek inni na ten temat myślą, elitarnego grona. Nie chciałbym was wprowadzić w błąd ale zdaje się, że na stare lata J.G. Zuniga z Peru jakoś tak niedawno sforsował tę zaklętą cyfrę "2700", obwieszczając o tym szachowej społeczności na świecie. Każdy, no bez wyjątku każdy pragnie przeskoczyć ten próg, a jak to jest ważne dla szachistów, świadczą o tym ich emocje i spontaniczne reakcje, gdy uda im się, choćby na krótko zagościć w tej wąskiej społeczności. Swoją drogą nasi kadrowicze jadąc do Baku za dwa miesiące, mając w swoim składzie dwóch zawodników z 2700 +, oraz dwóch zbliżających się do tego miejsca stanowiliby z rankingu naprawdę groźny team. Wielu zespołom na pewno robiłoby się nieswojo, gdyby ich los splatał się z losem Polaków.

W Najdorfie gra dobrze znany w Polsce Igor Kowalenko, szachista, co nie wszyscy wiedzą, ukraiński, reprezentujący od kilku lat Łotwę. Gra niezwykle aktywny na mediach społecznościowych oraz na arenach szachowych całego świata Brazylijczyk Aleksander Fier. Nie chciałbym was zanudzać tą wyliczanką, która może być bardzo długa. Przyznam, że z wielką przyjemnością analizowałem całą listę startową do samego końca i praktycznie co pozycja odnajdywałem ciekawe nazwisko, interesującego zawodnika lub zawodniczkę. No, więc komu zostanie wysłane zlecenie przelewu głównej wygranej, a komu te zawody kompletnie nie wyjdą? Który z zawodników młodego pokolenia skutecznie włączy się do walki o najwyższe miejsca? Pytań jest bardzo wiele. Dlatego z dużym zaangażowaniem oraz z niemałą ciekawością będę zasiadał w godzinach popołudniowych aby śledzić transmisję z "Najdorfa". Po pierwszej rundzie, maksymalnie drugiej, zostanie oddzielone ziarno od plew i zacznie się gra konkret. Czekam na kolejne rundy licząc na udany start sportowców z Polski.


piątek, 24 czerwca 2016

Ile kosztuje sport, ile kosztuje pasja - część druga!


Przede wszystkim chciałem podziękować wam, za te obszerne, choć nieliczne komentarze, które w znacznej części odnosiły się do kwestii zasadniczej, czyli finansów wydawanych przez nas na szachy. Z waszych słów wynika, że nie jesteście zadowoleni z tego ile płacicie, za co i w jakiej formie. Prawie każdy z was mówi o tym, że płacąc nie dostaje od związku nic w zamian lub bardzo niewiele. Zasadniczo wasze oceny pokrywają się z ocenami sytuacji czynionymi przez szachistów, których spotykam "w terenie", że się tak wyrażę. Zwrócę wam teraz uwagę na kilka momentów w naszej dyskusji, które może w nieco innej perspektywie oddadzą miejsce, w którym się znajdujemy. Żeby nasza rozmowa miała charakter luźnej, całkowicie niezobowiązującej pogaduchy na ważny dla nas temat, chciałem wam oznajmić, żebyście porzucili swoje strachy, obawy, lęki, gdyż jestem zdania, że na naszej rozmowie się tutaj sprawa zakończy i nie daję wiary, że dojdzie do jakichś zmian w płatnościach na nasz sport..
 Odetchnęliście z ulgą?? A dlaczego?? ;). Przecież z większości waszych odpowiedzi bije złość, że płacicie po kilka, a nawet kilkanaście razy za to samo, że wysokość opłat jest taka, a nie inna, że generalnie panuje całkowita finansowa nieprzejrzystość. Zobaczcie - to jest ten pierwszy moment - piszecie, że w związku z tym, że finanse są tak ułożone żebyśmy niewiele się mogli z tego dowiedzieć, że płacąc przy różnych okazjach, nie dostajemy nic w zamian od PZSZach krew was zalewa, a jednak gdy ktoś poruszą tę kwestię, od razu się irytujecie, zżymacie i najchętniej kończylibyście ten temat. Trochę to dziwne. Fajnie jednak pisaliście, więc zacytuję was. Pewien Pan (szkoda, że się nie podpisał z imienia i nazwiska) napisał tak:

Panie Krzysztofie, mój klub (do którego należę) płaci co rok składkę (można to sprawdzić na stronie PZSZACH - CR) 350zł - otrzymując w zamian... nic. Ja, w ubiegłym roku, grałem w siedmiu turniejach (z każdego jest opłata, bodajże, 20zł dla PZSZACH = 140 zł). Opłaciłem też zdobycie kategorii Centralnej (60 zł). Przekazałem 1% z podatków (70zł). Z każdej nowej licencji w klubie (juniorzy) PZSZACH pobiera opłatę. To wszystko po stronie zysków PZSZACH. A teraz przejdźmy do moich (seniora) i innych osob (juniorów) benefitow, jakie uzyskujemy od pzszach. Benefity =0. W tym miejscu zadam pytanie: O JAKIEJ, DODATKOWO, OPLACIE PAN MOWI?

Moja odpowiedź jest taka - jest Pan niezadowolony i słusznie, gdyż z uwagi na swoją aktywność, zamiast być nagrodzonym w jakiś sposób, jest Pan finansowo obciążony jeszcze bardziej. Zagrał Pan w siedmiu turniejach, to dużo i za każdym razem płacił po dwie dychy opłat, więc wybulił Pan 140 zł, ja zagrałem w dwóch turniejach, zapłaciłem 40 zł. Dlaczego Pan będąc aktywniejszym ode mnie szachistą ma z tego powodu cierpieć? Według mnie rozwiązaniem jest klarowna opłata roczna, która w odpowiedniej wysokości zdejmie z Pana ciężar płacenia co turniej za to samo. To coś takiego jak bilet miesięczny - jak często jeździsz wychodzi taniej. Dalej ciągnę - kategorie dla dorosłych szachistów są tak samo ważne, a dla dzieci z czysto psychologicznego punktu widzenia, są jeszcze ważniejsze, choć kategoria w czasach rankingu elo to relikt z czasów jurajskich (Ile ja się nasłuchałem maluchów na salach gry: "Tyyy, cha, cha, a ja już zdobyłem "trójkę",cha chaa, a w tym roku walczę o drugą kategorię!!" Marcin, jaką masz kategorię?" i tak cały czas nasze pociechy nadają ;)) Maluchy uwielbiają się licytować na kategorie, to ich absolutnie mobilizuje do pracy nad szachami, uważam, że tutaj opłat nie powinno być, lub zaczynać się od momentu wyższego od I kategorii. Rozwiązaniem byłaby klarowna opłata roczna, która zwolni mamę, tatę od płacenia haraczu za nadanie kategorii dla swojej pociechy. Anonimie - piszę o tym, abyś zapłacił raz, a dobrze, a nie żeby cię kroili co turniej w tych tzw. "małych opłatach". Narzekasz, że tak jest, a jest w tobie ogromny opór, by się coś w tej materii zmieniło (jakoś tak automatycznie przeszedłem na "ty", nie gniewaj się!).


Napisał Tomasz:

Niestety, ale dołączę się do klubu narzekaczy :P. I nie dlatego, że jestem z natury malkontentem, lecz dlatego, że na własnej skórze doświadczyłem tego za co miałbym dodatkowo płacić.

Mamy dyskutować na argumenty? Proszę bardzo.

Jako szachista płaciłem (lub miałem obowiązek płacić) za:
1. Wpisowe do turniejów.
2. Opłatę klasyfikacyjno-rankingową.
3. Opłatę za obliczanie zmiany rankingu ELO.
4. Opłatę za wydanie legitymacji.
5. Opłatę roczną za uprawianie sportu.
6. Opłatę za kurs sędziowski.
7. Opłatę za kurs instruktora.
8. Opłatę za wydanie legitymacji instruktora.
9. Opłatę za wydanie zaświadczenia o ukończeniu kursu instruktora.

Z tego co wiem to kluby mają obowiązek co roku uiszczać opłaty za to, że przynależą do Związku. I nie są to opłaty rzędu kilku czy kilkunastu złotych, lecz kilkuset (z tego co pamiętam to 500 czy też 700zł).

A teraz co w zamian dostawałem za finansowe wspieranie Związku.
1. Uczestnictwo w turniejach.
2. Sędziowanie przez sędziów.
3. Nagrody i upominki (w tym dyplomy).
4. "Profesjonalną" pomoc w przypadku jawnej naruszenia obowiązków przez jednego z działaczy szachowych, który przez rok nie wydał mi zaświadczenia o ukończeniu kursu instruktora.



Tomaszu nie mówię ci, za co i na co miałbyś płacić dodatkowo, mówię ci, co wynika z twojego tekstu, że już to robisz i złościsz się jak twój współkompan z dyskusji, że cię o to zaczepiłem moim artykułem.

ad.  1) Wpisowe do turniejów - to inna sprawa. Tam organizator poświęca czas, bierze urlop, i ma mu coś zostać w kieszeni bo to nie jest wolontariusz. Jeśli ma średni turniej, słabych sponsorów, musi dać tą opłatę po to, żeby opłacić prąd, wynająć salę, całą infrastrukturę turniejową itd.

ad. 2) odpowiedź taka sama, jaką dałem koledze wyżej, macie rację, że się o to płacenie w koło Macieju co turniej złościcie, ale dla mnie jest absurdalne, że się złościcie, że chcę o tym podyskutować.

ad. 3) Za elo bulimy haracz FIDE, ale nie całość tej kwoty tam płynie, tego trudno uniknąć jeśli chce się po turnieju wiedzieć czy się poszło w górę, czy w dół.

ad. 4)  Opłatę za wydanie legitymacji - napisz jakiej, ja takiej nie mam, ile zapłaciłeś za nią i komu?

ad. 5 ) A to co za opłata roczna za uprawianie sportu?

ad. 6)  Kurs sędziowski i opłata za niego - sam robiłem, choć ze mnie sędzia ja z koziej d... trąba, jednak sorry - memory, za takie kursy się płaci bo daje ci to uprawienia, żebyś potem sobie zarobił pieniążków, gdy sam będziesz sędziował.

ad. 7) Opłata za kurs instruktora - sam wybuliłem z wszystkim, dojazdem itd. ponad dwa koła, to były piękne wakacje. Znów cię pytam - przecież zrobienie kursu wynajęcie wykładowców, sali, sprzętu, wyżywienie to... hmm... nie wiem - tak z nieba to wszystko spada?? To kosztuje, niestety, poza tym po tym kursie masz uprawnienia, możesz trenować, możesz zarabiać pieniądze, masz tzw. "papier". Zupełnie nie rozumiem dlaczego wyszczególniłeś te oczywiste opłaty, które dają ci, jeśli się dobrze zakręcisz, korzyści.

ad 8) Patrz ad. 6) i ad.  7)

ad. 9) Czytaj ostatnie trzy ad.


Poniższe cztery podpunkty, które dałeś dają ci odpowiedź, że rozmowy o pieniądzach, które mamy płacić na nasz sport, dyskusja o klarowności opłat jest w naszym interesie. To, że mamy do czynienia z tak dużym pomieszaniem z poplątaniem w finansach jest między innymi naszą winą, gdyż usłużnie robimy to co nam każą, choć to nam się nie podoba i nie jest na rękę. Brakuje bardzo takiej debaty, zarówno ze strony naszego związku jak i nas. Wszyscy są na wszystkich źli. Jednym by pasowało, żeby ich nie ruszać, drudzy spełniają to życzenie i żyją w tym co im dano, w tym totalnym finansowym mętliku.

Moja propozycja byłaby taka, jest to pomysł roboczy, czyli do obróbki. Płacimy jak w innych związkach opłatę roczną, która ma zwierać wszystko to, co wam zabierają opłaty poszczególne, które to opłaty i tak czynią bardzo dużą kwotę. Można nawet zrobić trzy taryfy - dla bardzo aktywnych, mniej i najmniej uczestniczących w życiu szachowym zawodników. To przez fakt, że te finanse są tak rozbite, płacimy nawet nie wiedząc ile bo prawie nikt tego nie podlicza. A właśnie. No to może policzcie ostatni wasz rok i napiszcie ile wam wyszło? Jestem za pełną klarownością finansów, a to da nam jasność i bezpieczeństwo. Tzbych napisał o zaufaniu - to podstawowy problem, ponieważ w relacjach na linii "PZSzach - szeregowy szachista" nie ma tego, co jest podstawą we wzajemnych stosunkach, czyli zaufania. Ludzie nie wierzą, że im się poprawi, zmieni, że będzie jaśniej i przejrzyściej. Niestety, takie mam odczucia, gdy rozmawiam z wieloma szachistami, którzy chętnie mi się zwierzają. Tutaj jest ogrom roboty przed nami, jest wiele dróg, którymi możemy podążyć, by nasz związek oraz sport stał się wizytówką dla innych. Napiszecie, proszę, co o tym wszystkim sądzicie!


wtorek, 21 czerwca 2016

Ile kosztuje sport, ile kosztuje pasja?


Szachistów śląskich, szachistów z Zagłębia, znam relatywnie lepiej w odróżnieniu od zawodników i pasjonatów naszej dyscypliny z innych części Polski. Często spotykamy się przy okazji różnych wydarzeń sportowych, jednodniowych turniejów szachów aktywnych i dyskutujemy o bieżących sprawach dotyczących naszego sportu. Tematem najbardziej drażliwym, wywołującym dość żywiołowe, wręcz skrajne emocje, jest kwestia pieniędzy, czyli sposobów finansowania naszej dyscypliny. Jakiś czas temu byłem kompletnie nieprzygotowany do tematu, moi interlokutorzy bez problemu zapędzali mnie w kozi róg podając różne liczby i kwoty. Po jakimś czasie żeby nie być całkowicie bezbronną ofiarą, przygotowałem kilka liczb i zestawień ze środowisk, które znam nie gorzej niż środowisko entuzjastów szachów...

Do napisania tego artykułu (wcześniej o finansowaniu naszego sportu również pisałem, ale pogłębionej dyskusji na ten kluczowy temat nie wywołałem) skłoniła mnie rozmowa z jednym rodziców, który na jednym z turniejów z rozbrajającą szczerością powiedział mi dlaczego jego niewątpliwie uzdolniony syn nie pojechał, choć wywalczył sobie do tego prawo, na turniej rangi mistrzowskiej rozgrywany poza granicami naszego kraju. Jego syn nie załapał się na finansowanie i obaj, po trudnej rozmowie, podjęli decyzję, że trzeba sobie ten turniej odpuścić. Główna przyczyna to zrujnowanie tym wyjazdem domowego budżetu. Ostatnio usłyszałem też, że nasza czołowa szachistka Oliwka Kiołbasa także pojechała "za swoje" grać na indywidualnych ME kobiet w Rumunii.

 Zasadniczo mój schemat rozmów z szachistami wygląda tak, że wylewają swoje żale na "górę", jednak gdy im uprzejmie nadmieniam, że w końcu to w naszych rękach leży, by pieniądze na takie cele znalazły się, automatycznie napotykam na potężny mur nierozumienia. Po chwili rodzi się irytacja, złość i rozmowa się kończy. O co chodzi? Jakie są moje argumenty odnoszące się do finansowania szachów w Polsce, które tak złoszczą moich dyskutantów - o tym będzie poniższy akapit.

W sumie mogę powiedzieć o sobie, że znam dość dobrze kilka środowisk, zrzeszających się w związki na skalę ogólnokrajową i tylko w naszym szachowym związku nie płacimy składek rocznych, które pomagają organizacji rozdysponować środki na cele statutowe. Kwoty jakimi operują inne związki z tytułu opłat rocznych swoich członków są ogromne. Ostatnio, gdy włóczyłem się po lesie z lornetką, spotkałem na ambonie znajomego myśliwego, z którym wdałem się w dłuższą rozmowę na temat finansowania Polskiego Związku Łowieckiego. Cieszę się, że nie zadałem mu pytania o opłaty od członka PZŁ wchodząc po drabinie (buda ambony była gdzieś na wysokości pomiędzy pierwszym a drugim piętrem!) i nie usłyszałem od razu odpowiedzi, bo pewnikiem spadłbym i połamał się w kilku miejscach. Opłata roczna w PZŁ wynosi na 2016r. 355 złotych, ulgowa niecałe dwieście złotych. Ponadto aby w ogóle wstąpić w szeregi PZŁ wpisowe wynosi, usiądźcie sobie wygodnie... 960 zł. Dowiedziałem się, że PZŁ kwoty te przeznacza na reintrodukcję rzadkich gatunków, na odszkodowania, gdy dziki wejdą w szkodę i wiele, wiele innych celów. Na tak postawiony temat odparłem, że na przykład w najbliższym mi, do którego należałem najwięcej lat PZW (Polskim Związku Wędkarskim) w 2016 roku trzeba było zapłacić opłatę okręgową wynoszącą 175 zł. Powiedziałem mu też, że do PZSzach, do którego należę jako zarejestrowany w centralnym rejestrze szachistów nie odprowadzam żadnej składki rocznej, ponieważ takowa nie istnieje.  Mocno skonsternowany znajomy odparł, że w sumie to jest taki "związek - nie związek"...

Te szachistów wymagania, wymagania i jeszcze raz wymagania, żale, ooo tak! Tego w rozmowach o pieniądzach na nasz sport nie brakuje. To jest względnie najprostsze, dać upust swojej frustracji, natomiast gdy zobaczymy jak horrendalne kwoty płaci pasjonat w równoległych związkach aby mógł kontynuować swoją działalność, powinniśmy się my, szachiści, poważnie zastanowić, dlaczego zadowala nas rola wiecznie narzekających jaki ten świat jest zły, biedaków. Tyle pisze się o społeczeństwie obywatelskim, o tym, że siła jest w nas, że wspólnie znacznie łatwiej udźwignąć każdy ciężar, jednak gdy trzeba przejść od słów do czynów.. no właśnie!

 Na turnieju przyjaźni polsko-węgierskiej rozmawiałem o tym z członkiem zarządu PZSzach, Łukaszem Turlejem. Na moje racje i na mój postulat by spróbować wszystko policzyć i wprowadzić jak w innych związkach opłatę roczną, która byłaby przeznaczona na różne cele, między innymi na finansowanie wyjazdów na turnieje międzynarodowe naszych zdolnych szachistów, Łukasz zauważył, że opór środowiska będzie bardzo duży. Zgodziłem się, że takie coś będzie miało miejsce. Analizowaliśmy ile mogłaby wynosić taka kwota, jakie korzyści miałby junior, czy dorosły członek naszego związku płacąc ową ustaloną kwotę. Liczyliśmy też ile mogłoby się znaleźć w kasie związku i na co by ta kasa mogła pójść. Oczywiście poruszyłem temat transparentności - czyli wiadomo ilu z nas wpłaciło, wiemy ile pieniędzy mamy po roku kalendarzowym wiemy również, na co co do złotówki poszły te pieniądze.
 W czasie naszej rozmowy nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że dyskutujemy o jakiejś straceńczej misji na jeden z księżyców Urana, a nie o czymś, co przy pewnym wysiłku z naszej strony mogłoby zaprowadzić nas od nienormalności w kierunku normalności. Bo nienormalnym jest, gdy złościmy się, że na to nie ma, na to nie ma i na tamto nie ma, a nie zaczynamy od samych siebie, pytając się na przykład co my daliśmy naszemu sportowi. Bo nie jest normalnym, gdy młodzi, czołowi szachiści muszą brać pieniądze z ciężkiej krwawicy swoich rodziców, aby kontynuowali swoją szachową przygodę, to stąpanie po bardzo cienkim lodzie. Musimy sobie odpowiedzieć też, ja sam sobie zadaję to pytanie, jak bardzo jestem zaangażowany w szachy? Czy jestem w stanie już nie na płacenie jakichś kwot, a chociaż na sensowną, głęboką dyskusję na ten temat? Rozmowa nic nie kosztuje, warto by było, gdyby taka rozmowa nas wszystkich miała kiedyś miejsce. Może po takiej dyskusji, gdy zostawimy poza sobą różne uprzedzenia, animozje, urodzi się coś, co spowoduje, że znajdziemy się na innym, wyższym poziomie, gdzie kończy się wskazywanie palcem na kogoś, a zaczyna osobista odpowiedzialność za to, co jest tak ważną częścią naszego życia?


piątek, 17 czerwca 2016

W Lublinie trwa mecz Polska - Reszta Świata! Dragun na Kubie walczy z czołowymi juniorami młodego pokolenia!


Trwa piłkarska mistyka totalna i dałem się piłce nożnej wciągnąć bez reszty. Moja uległość przyszła stosunkowo łatwo - mianowicie nareszcie Biało Czerwoni zaczęli przekraczać bariery, łamać kolejne ograniczenia. Po pierwsze, mamy pierwszą wygraną na ME z Irlandią Północną (od zawsze Polakom bardzo ciężko grało się z zespołami, które bronią się dziesiątką, gdy jesteśmy zmuszeni grać tę zmorę, atak pozycyjny) po drugie sparowaliśmy w piękny sposób Niemców, którzy przy polskiej defensywie z minuty na minutę czuli się coraz bardziej sfrustrowani. Została nam jeszcze całkowicie zdemoralizowana Ukraina i przy korzystnym wyniku wyjdziemy z grupy, a tam najprawdopodobniej będą czekali na nas Szwajcarzy albo Rumuni, (no chyba, że wygramy grupę, to dostaniemy jeszcze kogoś innego). Oby ten sen trwał długo, oby się jak najpóźniej zakończył!

Oglądam również tego dziwoląga, który rozgrywany jest w Lublinie. Mecz grany jest systemem dwukołowym, trzech na trzech. Nie wiem jaki jest sens grania tego typu meczy, które nie są nawet symulacją tego co nastąpi za trochę ponad dwa miesiące w Baku. Tam nie zagramy ani tym składem, ani tym systemem, ani tą ilością graczy. Jacek Tomczak, który ostatnio dokoptował do kadry gra, choć na stronie PZSzach widnieje skład na Baku i w Azerbejdżanie arcymistrz ze Śremu nie wystąpi. Gdzie jest reszta kadrowiczów - trudno ustalić. Przeciwnicy, czyli drużyna "Reszty Świata" składa się z trzech szachistów, którzy nie mają ze sobą niczego wspólnego, więc nawet nie gramy meczu typu nacja na nację. Myślę, że tutaj jakiejś głębszej myśli do samej Olimpiady nie odnajdę, w sumie to nawet nie czekam, aby to miało ład i skład. Ten mecz jest jakimś tam testem, szachiści zostali zaproszeni, więc sobie grają, no mieli nie zagrać, odmówić udziału? Uważam, że ten turniej był doskonałą okazją, aby kadra wystąpiła w pełnym składzie w meczu z jakąś silną reprezentacją.

Kamil Dragun na zakochanej bez reszty w szachach Kubie (to kraj gdzie nie jest problemem zorganizować symultanę na ponad 10 tysiącach szachownic!) gra turniej kołowy z czołowymi szachistami świata młodego pokolenia. Jest Sam Sevian, którego monitoruję od bardzo dawna. Seviana okrzyknięto największym talentem U.S.A , chłopak ma już 2600 elo i pnie się mozolnie w górę, choć przed jego grą nie klękam jakoś w nabożnym skupieniu. O wiele ciekawszy jest według mnie Jeffery Xiong, który grał w championacie U.S.A i tam nie dawał się starym lisom - jego partie również oglądałem on-line. Xiong prawdziwym rutyniarzom absolutnie nie ustępował - temu szachiście obowiązkowo wieszczę klub 2700 plus w latach najbliższych, a jeśli chodzi o wejście do elity, to tutaj sprawa jest mocno złożona, jednak nie jest to wykluczone.

Carlsen dał się wyprzedzić Nakamurze w Paryżu. Samurajowi nie pozostało nic innego, jak wygrywanie tego typu rapidów i pompowanie swojego, do przesady nadętego ego. Zwróciliście mi uwagę na jego zwycięstwo podkreślając, że za nim nie przepadam. Ze mną jest tak, że nie mam problemów by oddzielić moje sympatie i antypatie od osiągnięć sportowych danego szachisty. Naka nie jest szachistą, którego da się lubić, choć jego klasę doceniam. Jednak nadal utrzymuję i powiem to samo na ciężkich torturach, że ten zawodnik nigdy nie wygra Turnieju Pretendentów. Nakamura od wielu lat konsekwentnie zapracowywał sobie na taką na nie inną markę w wąskim, szachowym światku. Dziś znów rusza kolejny cykl Grand Chess Tour - tym razem elita przeniosła się do Belgii... 


środa, 8 czerwca 2016

Anna Uszenina mistrzynią Europy! Tylko Jola Zawadzka z awansem na MŚ!


W kilku ostatnich wywiadach Karina Szczepkowska-Horowska wyraźnie dawała do zrozumienia, że nasze szachistki potrzebują czegoś nowego, że marzy im się orzeźwiający wiatr, który poruszy tą od lat zastaną konstrukcją. Zgadzam się z arcymistrzynią. Uważam, że kadrowiczki są w takim momencie, w którym potrzebują zmian i to dużych. W obecnej sytuacji Polkom bardzo trudno o motywację do wytężonej pracy i erozja stopniowo się pogłębia. Monika Soćko to wielka kariera - pamiętam czasy, gdy zaczynałem przygodę z szachami i już wtedy rozstawiałem na desce partie Moniki, wtedy jeszcze Bobrowskiej. To przecież trwa dekady, a nasza arcymistrzyni potrafiła utrzymywać się w doskonałej dyspozycji. Wiekowo w sumie jesteśmy rówieśnikami i tutaj szachowa rzeczywistość wygląda tak, że jest duża wiedza, doświadczenie, jednak zaczyna powoli brakować pary, aby robić wyniki. Kiedyś kandydat na mistrza Kola Osipow powiedział mi, że wie na pewno, że po tylu latach gry, rozumie szachy jak nigdy, natomiast kondycja już nie ta. Hmm... Niedościgniony ideał - mieć doświadczenie 40-50 letniego arcymistrza mając 20 lat - świat leży nam wtedy u stóp...
W Rumunii znów zadecydowały ostatnie rundy - wtedy wychodzi wszystko, przygotowanie mentalne, braki kondycyjne itd. Jola Zawadzka powoli przejmuje pałeczkę liderki w naszym zespole, choć Monika Soćko będzie do samego końca zażarcie walczyła o prymat w polskich szachach. ME wygrała Anna Uszenina - rocznik 1985, a więc w tym momencie gdy, najbardziej harmonijnie spotyka się dojrzałość z młodością.

Teraz o reszcie spraw zaległych. Kariakin w Shamkir gdzieś tam sobie przycupnął w tabeli końcowej, niby nie najgorzej, ale dobrze wcale. Mam wątpliwości, czy Rosjanin odnajdzie taką formę, która będzie wystarczająca do nawiązania równorzędnej walki z urzędującym królem z Kraju Fiordów. Moje różne dylematy i przemyślenia idą sobie swoim torem, natomiast wielkie pragnienie, by zobaczyć tę konfrontację z dnia na dzień zauważalnie narasta. Czeka nas cudowny listopad, mówię wam - ależ się tam chłopaki chwycą, to nie mam pytań. Wygra Magnus, jestem tego dziwnie pewien, choć na pewno będzie arcyciekawie.

Szachy korespondencyjne i ich śmierć. Oczywiście, w dobie komputerów, sprawa jest jak dla mnie nie warta funta kłaków, jednak znalazłem ścieżkę, która może mnie (wam, jeśli zechcecie nią podążyć) przynieść bardzo dużo korzyści. Otóż, od pewnego czasu gram poprzez sms, ze znajomym, z którym umówiliśmy się, że możemy grać z książek debiutowych papierowych, gdy kończy się komuś teoria, musi sam grać bez pomocy modułów. Co jest tutaj potrzebne? Przede wszystkim zaufanie. Ja do mojego znajomego mam zaufanie, gramy tak od bardzo dawna. W czym nam to może pomóc? Sztuka analizy to raz i może ważniejsza rzecz - nauka granych przez was debiutów. Jeśli macie dwie doby na posunięcie, pozycja stoi na desce, cały wariant wbije się, odbije jak na matrycy, do nawet najbardziej opornej mózgownicy. Poszukajcie sobie kogoś takiego, komu ufacie i zagrajcie, ale sami: książki, a potem wasza, tylko i wyłącznie wasza głowa i szachy korespondencyjne mają się świetnie.

Literatura - wypożyczyłem niedawno książkę Hansa Fallady "Każdy umiera w samotności". Niezła rzecz, choć nie rzuciła mnie na kolana. Akcja dzieje się w nazistowskich Niemczech, tam rodzina prostych robotników rozpoczyna nierówną konspiracyjną walkę z hitleryzmem. Nie będę wam streszczał - w tej książce natrafiłem na cały "szachowy" rozdział. W celi siedzi główny bohater, a jego współwięzień ma szachy. Nasz bohater dziwi się, jak można "grać samemu", w końcu daje się przekonać i poznaje specyfikę szachów, uczy się ich i obaj grają, co im ułatwia oczekiwanie na dalsze zdarzenia.

Aronian mocno przeżył nieudany występ w Turnieju Kandydatów. Tutaj jest link do wywiadu, z którego dowiadujemy się o stanie ducha jednego z najlepszych współczesnych szachistów: http://chesspro.ru/details/aronian_interview_victories_are_built_upon_defeats.

Jutro rusza Grand Chess Tour z szachistami elity i Magnusem Carlsenem na czele. Ustawiam transmisję i kibicuję mistrzowi świata!