środa, 16 kwietnia 2014

"Opowieść Szarego Człowieka cz.III - ostatnia"




Romuald nie miał pamięci do dni, dat, ale doskonale zapamiętał pierwsze spotkanie z „K”, za szachownicą. Zagrał wtedy obronę „caro-cann” i przegrał bez walki. Właściwie to nie była partia szachów. Przypominało to raczej egzekucję. Utkwił mu w pamięci (takie obrazy najdłużej się pamięta) „K”, który po tej partii w dalszym ciągu mu nie odpuszczał, nie odstępował na krok, obracał niczym jastrząb ogłuszonego gołębia.

- Dlaczego zagrałeś „caro-cann”? – następował „K” na Romualda.

- Panie, daj mi pan spokój! Wygrałeś pan? To czego pan jeszcze chcesz!? – bronił się Romuald.

- Ty się boisz szachów jak grasz takie debiuty! Sycylijka, to jeszcze bym zrozumiał, ale jakaś „karoca”!? Odważni grają sycylijkę, „caro-canna” grają tchórze.

- Panie idź pan stąd. Zgłoś pan wynik!

- Daj pan spokój! Źle pan grałeś! Ani jednego dobrego ruchu. W ogóle pan nie umiesz grać w szachy!” – pastwił się „K” nad Romualdem.


Choć Romuald poczuł się urażony do głębi zachowaniem „K”, pocieszał się w duchu, że nie należał do wyjątków. „K” gnębił każdego, a największe razy przyjmowali ci, którym udało się ograć „K” (rzadka rzecz, gdyż „K” był naprawdę niezłym szachistą). Wtedy snuł się za takim wygranym nieszczęśnikiem bez przerwy, usiłując wykazać mu, gdzie miał wygraną.

 „K” wiedział wszystko najlepiej i nie znosił wielogłosu, gdy się wypowiadał na temat szachów. Na przykład analizowano jakąś pozycję – „K” oczywiście dokładnie wiedział, jak powinno się ją dalej rozegrać. Jeśli ktoś nieśmiało zaczynał oponować, „K” piorunował go spojrzeniem, wyśmiewał i szybko wykazywał ignorancję śmiałka. Na turniejach trzymano się od niego z daleka – mało kto chciał przystanąć na pogawędkę z „K”. Jeśli już ktoś był świadkiem takiego obrazka, było więcej niż pewne, że rozmówca „K” jest jednocześnie jego ofiarą. „K” był zakałą szachowego bractwa, znienawidzony za swoją arogancję, chamską bezpośredniość, która szła o lepsze z butą.

Romuald przyjął ten cios, a będąc świadkiem innych, podobnych sytuacji, stawał się coraz bardziej zawzięty. Na początku myślał, żeby odegrać się w jakiś sposób na „K” tylko za siebie, za wszystkie te zniewagi, które od niego doświadczył. Z czasem chciał się zemścić za wszystkich, których „K” poniżył. W pewnym momencie pragnienie zemsty stało się w nim tak mocne, że gdy budził się rano, pierwszym obrazem, który tworzył się w jego umyśle (sytuacja często spotykana u zakochanych) była postać  „K”. Każdą wolną chwilę, poświęcał na obmyślanie planu zemsty na człowieku, którego znienawidził. Przeszukiwał ogłoszenia o nadchodzących turniejach tylko pod kątem tego, czy „K” bierze w nich udział. Gdy „K” był zapisany, a grywał bardzo często, Romuald zapisywał się również.  Założył sobie nawet zeszyt, w którym rozpisywał, analizował wszystko to, co dotyczyło „K”. Nie udało mu się jednak znaleźć idealnego sposobu, aby go upokorzyć…


Romuald wpadł w pewien rodzaj transu. Szachy przestały się dla niego liczyć i nawet tego nie zauważył. 



Romuald zjawił się na sali gry jako jeden z pierwszych. Dawno temu, żył takimi momentami. Teraz usiadł z boku i czekał, aż zacznie się turniej. "K" przyjechał w ostatniej chwili, nawet odrobinę się spóźnił. Na widok "K" Romualdowi błysnęło w w głowie - "A więc, jesteś!". Rozpoczął się turniej. Romualdowi zupełnie zawody nie szły. Po pięciu rundach miał dwa punkty, ale zupełnie się tym nie przejmował. Zyskał dzięki temu status uważnego obserwatora. W czasie partii myślał nawet - "Erynie, pomóżcie, proszę, bądźcie dziś dla mnie łaskawe". 

W ostatniej rundzie Romuald grał na dalekim, 22 stole. Przed rozpoczęciem, zdążył zauważyć "K", usadawiającego się przy trzecim stoliku. "A więc, jeśli wygrasz, będziesz w nagrodach", pomyślał. Romuald zupełnie nie potrafił skoncentrować się na swoim pojedynku. Pod koniec rundy zauważył, że wokół trzeciego stolika tworzy się duże zbiegowisko. "Jak u Girarda, dwóch się bije i od razu reszta zamyka ich w pierścieniu. Remisować" - pomyślał. Romuald zaproponował remis przeciwnikowi, który zgodził się bez namysłu. Szybko udał się w kierunku trzeciego stołu, z trudem przedarł się przez gęsty tłum gapiów i zobaczył taki  oto widok. Z jednej strony siedział "K", wyprostowany, z rękami splecionymi na piersiach, triumfalnie rozglądający się dokoła. Z drugiej przeciwnik, zgarbiony, z pierwszymi zwiastunami rezygnacji na twarzy. Na szachownicy stała skomplikowana pozycja. "K" miał dwa wolne, zaawansowane piony, jego przeciwnik kilka aktywnych figur. W pewnym momencie "K" wystrzelił palcami, jak z rewolweru, w kierunku swoich dwóch, złączonych pionów, mówiąc:

-Dwa samce, oba kotne, za chwilę święto Przemienienia Pańskiego!

Czas upływał. Romuald zebrał się w sobie i zaczął szybko analizować. Jedyną szansą był matowy atak, ale czy z tego co zostało na szachownicy, da się zbudować coś konkretnego? W pewnym momencie zrobiło mu się zimno. Tak!! Zdjąć skoczka z linii strzału gońca, nawet go poświęcając, potem ofiara hetmana na "h2" i wieża z "a6", poprzez szacha z pola "h6", matuje na "h1".
Romuald nachylił się i wyszeptał przeciwnikowi "K" do ucha.

-Zostaw te piony. Zabierz konia z "d5", ofiaruj hetmana na "h2". Resztę znajdziesz.

"K" zamarł na chwilę, poczerwieniał na twarzy i zawołał.

- Sędzia, sędzia, tutaj prowadzone są niedozwolone rozmowy!

Romuald jeszcze raz spotkał się wzrokiem z przeciwnikiem "K" i spojrzał na skoczka na "d5" w ten sposób, jakby chciał powiedzieć bez słów: "No zabierz. Zdejmij go stąd!".

Romuald zobaczył jeszcze przeciwnika "K", poświęcającego skoczka na "c3" i zaczął się przeciskać przez tłum ku wyjściu. Idąc szybkim krokiem usłyszał jeszcze urywki sprzeczki, podniesiony głos "K" i końcowe orzeczenie sędziego "Nie widzę powodów. Kontynuować grę." Romuald stanął w drzwiach i czekał. Nie chciał zbyt szybko rozstawać się z tą sytuacją. Zbyt długo czekał na ten moment. Wreszcie partia zakończyła się, "K" przegrał. Tłum  zaczął falować, w końcu wypluł "K", który prawie krzyczał - "Gdzie on jest? No gdzie on jest??". Wreszcie zauważył Romualda przy drzwiach i zaczął iść szybko w jego kierunku.
Gdy już był blisko, Romuald pomyślał nawet, że nie ruszy się z miejsca. "A złap mnie nawet, rozszarp. Teraz mi nie zależy, gdy już wypadłeś z nagród!" Jednak, gdy "K" był o jeden krok od Romualda i wyciągał w jego kierunku ręce, zadziałał zwykły instynkt. Romuald pchnął drzwi i wybiegł przed budynek. Biegł, biegł coraz szybciej, a z jego piersi wydobył się dziki okrzyk radości. "Wykonało się!".



Mały, Szary Człowiek zakończył swoją opowieść. W pokoju zrobiło się cicho. Wyjrzałem za okno. Za lasem, na horyzoncie, chmury rozerwały się i niebo zaróżowiło się. Słońce niczym podłużny, pomarańczowy sopel, zachodziło powoli. Zanosiło się na zmianę pogody.

-Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? - przerwałem ciszę.

- Pytaj, póki jest czas.

-Co się stało dalej? Jak się ułożyło dalej Romualdowi w związku z Lilianą? Czy wiadomo coś więcej o "K"?

- Romuald dowiedział się kilka dni później, że "K" od dłuższego czasu nie miał stałego zatrudnienia. Imał się wielu prac. Kopał studnie, stróżował za kilka złotych za godzinę na parkingach, roznosił nawet ulotki. Ważne były też dla niego dochody z wygranych na turniejach. Miał bardzo chorą córkę, która czekała na zabieg, który nie był refundowany. Podobno liczył się czas i każdy grosz.

- A co się stało z Lilianą?


- Za jakiś czas do Liliany również dotarły wieści o tym, jak postąpił Romuald. Pewnego dnia, gdy wrócił z pracy, zastał pustą szafę i list pozostawiony przez Lilianę na sekretarzyku. Napisała w nim, że odchodzi i żeby jej nie szukał.

- Czy to ty jesteś tym Romualdem z opowiadania? - zapytałem.

- To chyba raczej nie była trudna zagadka.

- Słuchaj, co ja mogę dla ciebie zrobić? Jest jakiś sposób, by przywrócić cię do twojego świata?

- Mojego świata? Raczej resztek, które z niego pozostały. Może jeśli zmieniłbyś motywy swojego postępowania dzięki naszej tu rozmowie, byłaby szansa, bym wrócił do swojego świata...

- Cóż, nie obiecuję, że w pełni zmienię motywy swojego postępowania, to bardzo trudne, ale na pewno będę pracował nad tym intensywniej niż zwykle. Przyznam, że dałeś mi do myślenia. I to bardzo.


Zrobiło się późno. Umówiłem się z Szarym Człowiekiem, że może spać w mojej szufladzie, że jutro zastanowimy się co dalej. Pożegnaliśmy się i udaliśmy się na spoczynek. Rankiem rozglądałem się po mieszkaniu jednak nie znalazłem go. Otwierałem szafki, szafy, komody, szuflady - wszędzie pusto, tylko sterty papierów, które należało uprzątnąć. Co się stało z małym, Szarym Człowiekiem? Czy udało mu się wrócić do swojego świata? Czy zaczął wszystko od nowa? Na te pytania nie znam odpowiedzi... 



wtorek, 15 kwietnia 2014

"Opowieść Szarego Człowieka cz.II"




Mały, Szary Człowiek, nie bez trudu wygramolił się z szuflady i usiadł na tekturowym pudełku ze spinaczami. Wieko pudełka lekko ugięło się pod jego ciężarem. W tym momencie pomyślałem: „Jeśli to sen, to ktoś zadbał w nim o każdy szczegół”. Szary Człowiek rozpoczął z wolna...


„Romuald obudził się wczesnym rankiem, a była to pora dla niego niezwykła. W niedzielę, gdy Liliana nie planowała wyjazdu na działkę, potrafił nie wstawać z łóżka do godziny jedenastej, a nawet dłużej. Spoglądając za okno na opustoszałą ulicę oraz  budynek pobliskiej mleczarni, czuł dziwny niepokój. Było to uczucie, którego nie potrafił do końca nazwać – to był lęk, który jak pająk, siedział wczepiony mocno w jego splot słoneczny, a jednak była też w tym wszystkim jakaś podniosłość,  przedsmak wydarzeń, które miały niebawem nastąpić.

 Liliana spała mocnym snem. Romuald nie chciał jej budzić - musiałby tłumaczyć się gdzie wychodzi i dlaczego oraz czemu planuje wrócić do domu dopiero na kolację. Nie przepadał za tymi rozmowami, które zawsze kończyły się niby niewinnym, a jednak zawierającym lekką nutę oskarżenia, krótkim zdaniem Liliany: „Cóż, zrobisz jak uważasz”. Gdy przechodził do pokoju z garderobą, przypomniała mu się historia pewnego znajomego, który, był do tego stopnia pod pantoflem żony, że gdy zapragnął napić się piwa, otwierał go w łazience przez dwa ręczniki, by ta nie usłyszała. Albo  brał psa i szedł kilka przecznic dalej na swoją ulubioną ławkę, by tam rozkoszować się krótką chwilą wolności. „Jeszcze nie ma ze mną tak źle” – pomyślał Romuald otwierając karton z maślanką…



Był wielkim entuzjastą kolejnictwa. Fascynowały go szczególnie różnego typu pojazdy szynowe. Kolekcjonował katalogi ze starymi lokomotywami spalinowymi, zbierał albumy z nowoczesnymi składami, interesowały go tramwaje miejskie. Zapisał się nawet na kurs motorniczego – myślał, że byłoby czymś niesamowitym zawiadywać ważącym dziesiątki ton stali pojazdem, słyszeć trzaski elektrycznych wyładowań na pantografie, zgrzyty kół podczas ostrych skrętów... Słowem, chciał znaleźć się w tym wszystkim, poczuć to każdym ze zmysłów.
 Drugą jego pasją były szachy, jednak okres, w którym ta gra zawładnęła nim bez reszty, miał już za sobą.

 Pewnego zimnego, listopadowego dnia, jechał tramwajem na tzw. „Wielką Pętlę”, by podejść  do egzaminu na motorniczego. Wsiadając do wagonu, zaczął szukać w kieszeniach płaszcza biletu. Gdy cofnął dłoń, spadł mu  na podłogę czeski periodyk szachowy. Już miał się schylić, by podnieść gazetę, jednak uprzedziła go pewna zwinna, kobieca dłoń. Wtedy pierwszy raz ujrzał Lilianę. Patrzył na nią skonsternowany, nie wiedząc, czy ma poprosić o zwrot magazynu i w jaki sposób się do niej zwrócić. Liliana z zaciekawieniem przerzucała strony. Wreszcie wyrzuciła z siebie szybko:

- Ależ, to wszystko piękne! Działalność ludzkiego intelektu. Takie małe dzieła sztuki zapisane na diagramach, zawsze pod ręką i ogólnie dostępne. Pan rozwiązuje te układy?

- To nie są żadne układy, tylko zapisy partii turniejowych – odparł Romuald niegrzecznie - pozwoli pani? – mówiąc to, zabrał jej gazetę i pospiesznie schował do kieszeni. Rozmowa urwała się. W krótkim czasie okazało się jednak, że jadą w to samo miejsce i w tym samym celu.

Romuald nie czekał długo na egzamin, wyjechał na trasę jako drugi. Liliana miała zdawać jako ostatnia. Egzamin zakończył się dla Romualda totalną katastrofą – w pewnym momencie, na jednym ze skrzyżowań, wymusił pierwszeństwo na wyjeżdżającym z jednej z głównych ulic, aucie osobowym. Właściwie tylko dzięki przytomnej reakcji egzaminatora, który w ostatniej chwili zahamował ostro (prawie stając na hamulcach) nie doszło do poważnego wypadku. Przejeżdżająca Dacia Logan mogła zostać rozerwana na dwie części przednim dyszlem tramwaju. Romuald blady jak kartka papieru zamienił się miejscami z egzaminatorem. Przystanek przed „Wielką Pętlą” podpisał dokument i wysiadł. Nie chciał, by pozostali oczekujący byli świadkami jego klęski.

Jakież było zdziwienie Romualda, gdy po dwóch dniach usłyszał dzwonek do drzwi, w których ujrzał… Lilianę.

- To pani? Ale skąd pani, jak.. – wymamrotał Romuald.

- Zobaczyłam pana adres na karcie egzaminacyjnej – przerwała mu.

Stali jakiś czas, mierząc się wzrokiem. Wreszcie Liliana odezwała się:

- Będziemy tak rozmawiać w przejściu? Nie zaprosi mnie pan do środka?

- Ależ tak, proszę… Proszę, niech pani wejdzie – odpowiedział Romuald zmieszany.

Liliana została u Romualda. Tworzyli parę, dla której fizyczność nie była najważniejsza - wszystko co było dla nich ważne realizowało się we wzniosłych rejonach sublimacji. Doszło, co prawda, po kilku tygodniach między nimi do zbliżenia, jednak Romuald, zupełnie nie obyty w tych sprawach, nie sprostał zadaniu. Resztę nocy leżeli wtuleni w siebie. Liliana szeptała Romualdowi do ucha cichą, prostą mantrę: „No już, no już…”.

Uwielbiała, gdy Romuald opowiadał jej o szachach. Mogła słuchać tych historii w nieskończoność. Chłonęła życiorysy starych, wielkich mistrzów. Romuald pokazywał jej na szachownicy nieśmiertelne kombinacje, tłumaczył przepisy. Któregoś dnia, zaproponował Lilianie rozegranie partii szachów. Ta jednak, zerwała się szybko, stanęła nad nim w pozycji obronnej, nastroszona niczym tokujący żuraw, i wymówiła się od gry innymi obowiązkami. Romuald nie zaproponował jej już więcej pojedynku. Sam słuchał chętnie codziennych, „tramwajowych relacji” Liliany, która w ten dzień   zdała egzamin i zaczęła pracę na jednej z linii...




Romuald dopił maślankę, ubrał półbuty i swój stary, znoszony płaszcz i wyszedł cicho z mieszkania. Jechał na turniej szachowy, jednak nie odczuwał z tego powodu żadnej przyjemności. Od dawna powodowała nim obsesja zemsty na pewnym człowieku. Chodziło o "K".


Cdn.


sobota, 12 kwietnia 2014

"Opowieść Szarego Człowieka cz. I"




Pogoda niczym brzydka, nadęta ropucha, zawisła nad moim domem i tak sobie wisiała od dobrych kilku dni. Deszcz nie ustawał. Wyglądałem więc z rosnącym zniecierpliwieniem jakiegokolwiek ruchu w górnych warstwach atmosfery. Czas wolny postanowiłem spożytkować segregując papiery, dokumenty – hałdy, zwaliska nic nie wartej makulatury. Gdy zabrałem się na poważnie za robotę, przekonałem się szybko, że walczę z własną nieuwagą. Pozostawione na regałach reklamy z dyskontów sprzed paru lat, gazety: przeczytane, nieprzeczytane, niedoczytane, po które już nigdy nie sięgnę by je dokończyć, pożółkłe faktury - ileż się tego uzbierało od ostatniej, "ostatecznej” akcji czyszczenia tej stajni Augiasza! A potem  pewnie znów mnie poniesie w jakże mi znane manowce. Po opanowaniu chaosu nastąpi solenna obietnica, że już będę bardziej czujny, co jest w istocie samym jądrem nieuwagi i dalej rozpocznie się powolny, nieuchronny proces zbliżania się do stanu wymagającego kolejnej, wielkiej akcji sprzątania.

W pewnym momencie podczas porządków, niosąc pokaźne naręcze teczek z rachunkami zapłaconymi, zauważyłem gdzieś między papierami, na samym dnie jednej z szuflad, nieznaczny ruch. „Mysz, czy ki czort?” – pomyślałem. Odłożyłem teczki i sięgnąłem po leżący w pobliżu opasły katalog aut ciężarowych, zwinąłem go w rulon i zbliżyłem się powoli do szuflady. „Byle nie szczur, jeszcze się rzuci na mnie. Pewnie mysz. Raczej na pewno mysz”- przeszło mi jeszcze przez głowę. Powoli, dużym palcem stopy, (unosząc jednocześnie mój papierowy oręż) wysunąłem do samego końca szufladę i… w tej pozycji już pozostałem. Na dnie stała mała, wielkości szachowego laufra, ludzka postać. Był to mężczyzna, średniego wieku, w okularach i szarym prochowcu, sięgającym za kolana. Spoglądał na mnie przestraszonym wzrokiem znad okularów, które wisiały na samym końcu jego wydatnego nosa. Stałem zdębiały, a szok nie pozwalał mi wydusić z siebie ani słowa. Kłopotliwe, pełne napięcia milczenie przedłużało się. Wreszcie mały człowieczek odezwał się wskazując na moją uniesioną rękę:

- Twoja mina wyraża stan najwyższego zaskoczenia. Wyglądasz jak mąż, który zastał żonę z najlepszym przyjacielem. Jednak mordercy mi nie przypominasz. Chyba nie zamierzasz mnie pacnąć tym żurnałem? Raczej nie przeżyłbym tego…

- Słucham?? – wychrypiałem.

- Wygląda na to, że gdy mówisz „słucham”, w rzeczywistości nie słuchasz. Długo jesteś w stanie wytrwać w tej pozycji?

- To się nie dzieje naprawdę – powiedziałem do siebie powoli - Wczoraj wieczorem był bar, owszem, i tam mi pewnie dosypali czegoś, a teraz pękają ze śmiechu. I nawet się domyślam kto to zrobił.

- Jeśli to, co ci się wydaje, nie jest realne to i ty nie możesz być prawdziwy. Odłożysz wreszcie tę gazetę?

Tego już było za wiele. Osunąłem się na krzesło, odłożyłem katalog i zacząłem pocierać palcami nos, powtarzając cicho: ”Jest źle. Źle jest z tobą i już. Nie ma co się oszukiwać. Nie jest dobrze”.

- W takim razie zrób tak – kontynuował mały człowieczek – porozmawiaj ze mną. W końcu jeśli mnie nie ma, zniknę teraz lub za jakiś czas. Jeśli rozmowa potrwa dłużej, z każdą wymianą zdań twoja pewność będzie rosła. Rozumiesz, Popper i jego zasada falsyfikowalności…

Zebrałem się wreszcie w sobie i zwróciłem się wprost do małego jegomościa.

- Czy mógłbyś mi, jeśli łaska, wyjawić kim jesteś i co robisz w moim mieszkaniu?

- Nareszcie jakieś sensowne pytania. Jestem tutaj, ponieważ na razie nie mam możliwości powrotu do mojego świata. Wykluczyłem się z niego sam, gdyż owładnęło mną pragnienie… nie, to zbyt małe słowo… owładnęła mną obsesja zemsty na pewnym człowieku. Tak ważne są motywy postępowania – ja kierowałem się uczuciem, które zrujnowało moje życie. Przyglądasz się choć czasem motywom twojego postępowania?

- Noo, tak, zdarza mi się chwila refleksji nad sobą. A co masz konkretnie na myśli?

- Wieczorami widzę cię często, gdy siadasz do szachownicy, by trenować. Ja sobie siadam wtedy z boku, o tutaj, na tym albumie „Parki Narodowe Polski” tak, żebyś mnie przypadkiem nie zauważył i obserwuję cię.

- Piękne dzięki mały podglądaczu – przerwałem mu poirytowany – robisz dokładnie to, na czym wiele stacji telewizyjnych zbiło całkiem niezłą fortunę. Co ja mówię!? Gorzej! Tam uczestnicy chociaż wiedzieli, że będą podglądani i zgodzili się na to.

- Patrzę na ciebie, bo chcę cię dobrze poznać, nie dla taniej sensacji. A tak swoją drogą, człowieka można najlepiej poznać obserwując go, gdy jest sam. Spada wtedy wiele masek.

- Z tym akurat się zgodzę.

- Wracając do twoich wieczornych zajęć przy szachownicy – gdy analizujesz cudze partie, jesteś żywo zainteresowany, uśmiechasz się czasem. Gdy siadasz do własnych partii twoja twarz tężeje i ma zawzięty wyraz. Chcesz na swoich przeciwnikach wziąć srogi rewanż, prawda?

- No tak… Zgadza się, ale taki jest sport. Mam im oddawać punkty za darmo?

- Widzisz, chcieć wziąć na kimś rewanż to, w istocie, pragnąć zemsty. Zgodzisz się z tym? Od zemsty, do zemsty – taka jest twoja droga odkąd znalazłeś się w tym sporcie.

- Wiesz, teraz nie jestem w stanie spierać się z tobą o znaczenia słów.

- W takim razie opowiem ci jeden dzień z życia pewnego człowieka. To wiele wyjaśni. Może najpierw zrobisz sobie ulubionej kawy - z dodatkiem mleka i łyżeczką miodu? Musisz nieco ochłonąć.

- Nawet wiesz jaką kawę lubię. Ciekawe czego jeszcze się o sobie dowiem?

Miałem już udać się do kuchni, by nastawić czajnik, gdy znów ze zdwojoną siłą dotarło do mnie, w jak absurdalnej sytuacji się znalazłem. Pomyślałem – „Może i jemu zaproponuję kawę? Ale w czym mu niby ją podam? W naparstku?” Zostałem na miejscu. Sięgnąłem tylko po butelkę z wodą, z której upiłem niewielki łyk. Byłem jak zawodowy bokser po trzech, ciężkich nokautach.

- Jesteś gotowy? A więc, posłuchaj uważnie - powiedział mały człowieczek.


Cdn.


czwartek, 3 kwietnia 2014

"Radosław Wojtaszek i Monika Soćko ze złotymi medalami MP w szachach 2014r.! Gratulacje!




Bardzo dobrą intuicję przed pojedynkiem Pawła Weichholda z Janem Dudą miał kandydat na mistrza Kacper Polok, który w jednym z komentarzy bardzo dokładnie przewidział przebieg tej partii. Ja takiej przedmeczowej wkrętki nie miałem w to spotkanie.
 Weichhold zagrał tę partię kapitalnie - zwłaszcza tuż przed kontrolą czasu, na wiszącej chorągiewce, kiedy wydawało się, że Duda przejmuje inicjatywę, znajdywał bardzo dobre posunięcia. Natomiast cała partia Dudy z Wojtaszkiem oraz w partii ostatniej uderzenie "W:f2", to była odwaga połączona z brawurą młodego arcymistrza. Co ciekawe, przed zbiciem "W:f2" byłem wręcz pewny, że to posunięcie nastąpi.
 Cóż, Jan Duda mógł w cuglach wygrać MP jednak w końcówce turnieju nieco przeszarżował. Wyprzedzili go Wojtaszek i Gajewski. I tak jestem pod dużym wrażeniem partii Dudy z tego turnieju - chłopak ma głowę pełną pomysłów, fantazję, wolę walki, ambicję - wszystkie te cechy w połączeniu z dużą wiedzą szachową składają się na obraz zawodnika przed którym przyszłość stoi otworem.

Gdy ujrzałem miejsca Darka Świercza i Mateusza Bartla w tabeli końcowej pierwszą myślą, która mi się nasunęła, było zdanie-cytat: "And so much from the glory of Rome". Nie spodziewałem się, że kadrowicze tak słabo zagrają. Przed turniejem byłem pewny, że będą  się liczyć w walce o medale. Wyprzedzili ich tacy zawodnicy jak: grający bezkompromisowe szachy Krzysztof Jakubowski, Bartłomiej "Bartas" Heberla, czy często wymieniany przeze mnie Tomasz Markowski.

W turnieju pań zwyciężyła największa osobowość polskich szachów, arcymistrzyni Monika Soćko. Monika, gdy jest w formie, nie ma na krajowym podwórku konkurencji. Drugie miejsce zajęła Jola Zawadzka, trzecie miejsce wywalczyła wcale nie niespodziewanie Klaudia Kulon.

Cały czas zastanawiam się nad formułą rozgrywania MP mężczyzn i stopniowo dochodzę do wniosków, które przeczą moim wcześniejszym zapatrywaniom na tą sprawę. Otóż, gdy MP odbywały się jeszcze w systemie kołowym, narzekałem, że grają "te same nazwiska", że przydałaby się domieszka "świeżej krwi". Tak się jakoś złożyło, że od kilku lat jest owa domieszka "świeżej krwi", jednak to nie działa tak jak powinno. Odkąd zaczął się w MP "szwajcar", wielu zawodników w tym turnieju bierze po prostu udział i... to wszystko! W związku z tym, coraz bardziej skłaniam się ku powrotowi do elitarnego systemu kołowego - nie interesuje mnie walka kilku, którym zależy, z resztą, która nie ma większych pretensji do walki o medale, wysokie miejsca itp.. Jakby się kto pytał - to mówcie, że jestem za systemem kołowym.

Zwyciężył dobrze grający Radek Wojtaszek, który zaczął z mozołem, jednak w końcówce szedł na "pełnych obrotach". Najbliższym turniejem Radka Wojtaszka będzie memoriał zmarłego niedawno Wugara Gaszymowa. Będzie to turniej "B", jednak tacy uczestnicy jak  Francuz Etienne Bacrot, Chińczyk Wang Hao, czy Ukrainiec Paweł Eljanow są dowodem na to, że to nie są przelewki. Turniej rozpoczyna się 19 kwietnia i potrwa do końca kwietnia. Czasy są takie, że szachowa posucha nie potrwa długo. I dobrze!


wtorek, 1 kwietnia 2014

"Triumf doświadczenia nad młodością w pojedynku Duda - Wojtaszek"




Zimny prysznic spadł na głowę, chyba nieco zbyt rozgorączkowanego ostatnią serią zwycięstw, Jana Krzysztofa Dudy. Poszedł ostry jak brzytwa Najdorf, wariant, w którym Wojtaszek wygrał świetną partię z Nisipeanu na ME. Żeby pójść na coś takiego białymi, trzeba mieć pod marynarką schowany obuch, kij lub kawałek płyty chodnikowej. Okazuje się, że Janek nie zaprezentował w tej partii znaczącego wzmocnienia i szybko przegrał, a Wojtaszek zagrał pewnie. Jak profesor.

Świetnie poprowadził swój pojedynek Tomasz Markowski, od którego można się uczyć techniki. To są właśnie jego szachy - uzyskać techniczną pozycję, a następnie manewrując poprawiać położenie figur, pionów, wzmacniać, by w odpowiednim momencie zadusić ofiarę - to jest prawie stuprocentowy ekstrakt z Flohra, Capablanki i naszego Akiby Rubinsteina wziętych razem. Bez techniki nie można liczyć na wiele w tym sporcie tak samo jak bez doskonałej znajomości debiutów, czy taktycznego "kopa". Iluż by tej partii nie dowiozło do szczęśliwego finału? Deska wyżej w tej rundzie - znów sprawa rozbiła się o technikę - GM Krzysztof Jakubowski miał konia i trzy piony przeciwko wieży. Była wygrana, czy nie? I znów - kto by tę pozycję wygrał białymi, a kto zremisował lub przegrał czarnymi?

 Na blogach, portalach, stronach, toczy się od dłuższego czasu, moim  zdaniem nieco wydumany spór o to, jaka część partii szachów jest najważniejsza. Przez pryzmat tych trzech  wymienionych przeze mnie pojedynków widać, że nikt, choćby nie wiem jak chciał, nie przeciągnie liny na swoją stronę. Pierwsza deska - typowa bitwa debiutowa, w pewnym momencie następuje jakaś nieudana nowinka i... wszystko przepada. To jest znajomość debiutu i punkty za to - Radek Wojtaszek wygrał miniaturę i dopisał sobie cenne oczko w tabeli. Niżej, przeszedł debiut jest końcówka z przewagą i komuś brakuje techniki - tym samym musi zadowolić się remisem. Jeszcze niżej, ktoś ma świetną technikę i dopisuje sobie cały punkt w tabeli. Punkty mają taką samą wartość w szachach - i te zdobyte dzięki debiutom i te uzyskane dzięki technice. Czyż odpowiedzią w tym sporze nie jest przypadkiem prozaiczne stwierdzenie, że bez doskonałej, bardzo głębokiej znajomości całej partii szachów nie ma wielkich szans na wdrapanie się na sam szczyt, dostępny tylko nielicznym?  

W sumie każde słowo, które wypowiadam, weryfikuje następna runda. Nie jest łatwo cokolwiek przewidzieć, dobrze wieszczyć. Jednak nie chodzi przecież o to, by milczeć jak  kamienny sfinks do końca zawodów i gdy wszystko okaże się jasne, pracować na faktach, a nie na domniemaniach. Lubię w szachach domniemywać, mylić się nawet, zawracać z różnych kierunków - ślepych zaułków, kluczyć. Nie byłoby dla mnie żadnej zabawy pisać tylko o tym co już zaistniało, minimalizując do zera ryzyko pomyłek. Wczoraj byłem nakręcony, dziś już w moim pisaniu jestem bardziej stonowany. Ale to są szachy - z wielu cech człowieczych, które można zdobyć dzięki tej grze - pokora, jest jedną z podstawowych. 

Jutro kojarzenie szczęśliwe dla Jana Dudy, który zagra z Pawłem Weichholdem. Wojtaszek trafił na Bartla, Gajewski na Tomczaka. Jutro też wszystko będzie jasne.  


poniedziałek, 31 marca 2014

Jan Krzysztof "wymiatacz" Duda!!




To się dzieje naprawdę. Proszę więc nie dzwonić do operatora internetu zgłaszając usterkę, nie manipulować również w ustawieniach waszych komputerów - Jan Krzysztof Duda po fenomenalnej partii z arcymistrzem Tomczakiem na dwie rundy przed końcem samodzielnie prowadzi w turnieju "Open" MP i jest o krok od zdobycia medalu. Mam nadzieję, że złotego, że nie zdarzy mu się jakaś wpadka w tych dwóch ostatnich, decydujących rundach. Runda siódma wyjaśniła bardzo dużo ale nie wszystko. Wygrał Wojtaszek, który jest trzeci i z całą pewnością będzie chciał zaatakować pozycję młodego arcymistrza. Gajewski wygrał z Markowskim i zajmuje samodzielne drugie miejsce. W tym turnieju gra doskonale i wydaje się pewnie kroczyć w kierunku "pudła". Kolejną, piątą z kolei partię zremisował Bartel i wydaje się, że nie będzie się już liczył w walce o medale. Na dokładkę w następnej rundzie spotka się z równie słabo grającym w tych mistrzostwach Świerczem.

 I tak się to wszystko układa. Jest Jan Krzysztof "wymiatacz" Duda, punktów 6, ranking uzyskany 2831 elo (!!), tuż za nim arcymistrz Grzegorz Gajewski - 5.5 pkt., trzeci jest Radek Wojtaszek,  5 pkt., który jutro zagra... (słyszycie dobiegający z oddali złowróżbny, zwiastujący wojnę dźwięk tam tamów?) z aktualnym liderem tabeli! Radek Wojtaszek jeśli chce wskoczyć na miejsce pierwsze, musi ograć młodego arcymistrza, ale ten jak gra - tego po prostu nie da się opowiedzieć -to jest jakiś kosmos. 

Sami widzicie co nas jutro czeka. I nie ma takiej opcji, by wykręcić się sianem i odpuścić sobie tak ekscytujący dzień w tych mistrzostwach. W każdym bądź razie zamierzam z dziką rozkoszą zasiąść przed ekranem monitora o godzinie 15 czasu polskiego i uważnie śledzić ten kluczowy pojedynek. Czy Jan "wymiatacz" Duda oprze się naporowi doświadczonego arcymistrza? Czy może pokusi się nawet o zwycięstwo w tym pojedynku, co nie jest jakimś nierealnym, niedorzecznym scenariuszem? Jutro o godzinie piętnastej początek decydującej rozgrywki o medale MP!   


"Jan Krzysztof Duda na trzy rundy przed końcem samodzielnie prowadzi w Mistrzostwach Polski w szachach!




Wykrzyknik stawiam w tytule artykułu, nie z tego powodu, broń mnie Panie Boże, że pierwsze miejsce Jana Dudy na kilka rund przed końcem MP rozpatruję w kategoriach dużej sensacji. Nie. Dla mnie fakt, że nasz największy szachowy talent rozdaje karty w MP jest naturalną konsekwencją jego profesjonalnego podejścia do szachów, do jego całej profesjonalnie układanej od samego początku kariery. Wyrasta nam zawodnik wielkiego formatu i trzeba zrobić wszystko, by nie stanął w miejscu, by nie poczuł się za wcześnie zadowolony z tego co już osiągnął. Sekretem wielkich sukcesów jest zawsze duży, niezaspokojony głód, stan wiecznego niezadowolenia z tego co już się osiągnęło. Na razie nie ma takiego zagrożenia jeśli chodzi o najmłodszego europejskiego arcymistrza. U Janka widać ogromny głód gry - do każdej partii siada z jednym, jedynym planem, jaki powinien mieć ambitny sportowiec w czasie rywalizacji - z planem wygranej za wszelką cenę. Prowadzi go to czasami do przegranych (miałem ochotę napisać niezasłużonych przegranych, w sporcie jednak nie ma czegoś takiego jak niezasłużona przegrana) ale to nie przeszkadza mu w dalszym ciągu ostro progresować. Partia, rozegrana ostatnio na IME, w której przeciwnikiem Jana Dudy był Igor Łysyj, gdzie nasz arcymistrz mając jakość więcej za piona i silnego gońca na "d5", plus różne słabości pionowe, podjął nieudaną próbę gry na wygraną (choć raczej nie powinien) była charakterystyczna dla zawodnika, który chce wziąć wszystko. Chciałbym zobaczyć dokładną analizę tej pozycji - jestem bardzo ciekaw, czy tam należało się ruszać, czy brać remis. Janka nie zadowolił remis z arcymistrzem przedziału 2650 elo. To jest właśnie ten głód - niezadowolenie z tego co się ma.Warto zwrócić uwagę na ranking uzyskany Janka w obecnym turnieju, który w tym momencie wynosi 2808 elo! Trzymam kciuki za nasz młody talent! Jedziesz Janek po mistrzostwo! Jedziesz i na nic się nie oglądasz!

Bardzo dobrze gra Tomasz Markowski - zawsze mi się podobały jego szachy. Widać, że nie zapomniał jak się gra, a i technikę ma w dalszym ciągu jedną z lepszych w Polsce. Bartosz Soćko nie przypomina w tym turnieju siebie samego sprzed roku - jego forma ostro, lotem koszącym, zapikowała w dół. W tym momencie po sześciu rundach ma zaledwie jedną wygraną na swoim koncie. Podobnie przedstawia się sytuacja u Mateusza Bartla, który również po 6 rundach ma 50 % pkt, na swoim koncie i tylko jedną wygraną nad największym "murarzem" polskich szachów, Mirosławem Grabarczykiem. Kiedyś zapytałem pewnego mistrza, czy podoba mu się styl gry Mirka Grabarczyka. Ten odparł mniej więcej tymi słowy:"Jego styl to klasyczna murarka - zaprawa, kielnia i jedziemy z tym koksem! Gdy jest w formie potrafi grać skutecznie, ale rzadko kiedy efektownie" ;).

Przed MP nie zakładałem nawet, że układ tabeli na trzy rundy przed końcem będzie wyglądał tak jak wygląda. Wierzyłem, że nadszedł czas Jana Dudy, ale, że reszta faworytów będzie się obijać w okolicach 50 procent, tego bym sobie nie dał wmówić nikomu. Za chwilę rusza siódma runda, a wczesnym wieczorem będzie wiadomo znacznie więcej. Kibicuję Jankowi Dudzie!


niedziela, 30 marca 2014

"Viswanathan Anand wygrywa w Chanty Mansyjsku i jesienią zagra w meczu rewanżowym o najwyższy tytuł w szachach z Magnusem Carlsenem!"




Czy szachy światowe są w kryzysie, bo i takie dyskusje pojawiają się ostatnio, między innymi i na tym blogu? Siła gry w szachach jest określana zawsze w odniesieniu do czegoś. Nie jest to zmienna niezależna. Generalnie rzecz ujmując, wszystko co jest dostrzegalne zmysłami podlega porównaniom - gdybym w tym momencie został sam na świecie plus nacja z archipelagu wysp Vanuatu leżących na Oceanie Spokojnym, najprawdopodobniej byłbym jednym z najsilniejszych szachistów globu. Niestety, jest Anand, pojawił się jakiś Norweg i zaczyna działać mechanizm porównań. Dzięki tym wielkim naszego sportu (jak i wielu innym) poznaje się swoje miejsce w szyku. W tej dyscyplinie spełniam rolę niewielkiego organizmu symbiotycznego uczepionego do podbrzusza płetwala błękitnego. Gdzie on płynie - płynę i ja, i choć niewiele wiem, dzięki jego oceanicznym peregrynacjom zobaczyłem to i owo i jakieś zdanie w tej mojej małej małości też mam. A i zachwycić się potrafię, więc nie jest źle. Jestem zdania, że szachiści obecnej doby grają najlepsze szachy w w całej historii, natomiast o kryzysie może być mowa w związku z rolą komputera w przygotowaniu do partii, w znajdywaniu idei.

 Komputer to jakby nie było proteza - jeszcze gdyby ludzie wiedzieli jak ją użyć, byłoby pół biedy. Warto zwrócić uwagę, jak teraz wygląda kibicowanie w szachach. Rusza turniej w Chanty Mansyjsku i pierwszą rzeczą, którą większość robi, to spojrzenie na partię z punktu widzenia oceny pozycji przez moduły. I dalej jest tak - "Aaa, Swidler ma o,46 przewagi! Fajnie! A co to się dzieje? Kramnik ma wora, bo komp pokazuje - 1, 18. Szkoda trochę, bo lubię tego arcymistrza" itd. Dopiero potem następuje wgląd na poszczególne deski, ale i tak pozostaje się pod przemożnym wpływem wstępnej oceny maszyny. Ale czym jest to o,46 u Swidlera, czy - 1,18 u Kramnika mało kto wie, a jeszcze mniejsza ilość osób próbuje tego dociec. Więc, jeśli chodzi o kryzys, to tutaj bym go ewentualnie upatrywał. Temat na rozprawkę - "Komputer w szachach - pomoc naukowa, czy proteza dla rozleniwionych umysłów?". Dobra, koniec, bo niepostrzeżenie, po cichu, zakrada się do tego tekstu ironia, a nie chciałbym...

 Paru jednak wie, jak użyć komputer w tej dyscyplinie. Między innymi Wiking - który nie to, że przeskakuje debiut (to jakiś absurd w tych czasach) a raczej przy pomocy komputera tworzy "swoją teorię", mocno odbiegającą od ogólnie znanej, rozpracowanej teorii. Tworzy teorię pod jego styl gry, bardzo ludzki styl, chciałbym dodać. Uważam, że nie ma co się spierać na ten temat. Trzeba się raczej cieszyć, że można dalej tworzyć swoją własną teorię,  że szachy to tak pojemna dyscyplina, że jeszcze w tym momencie można w nią względnie łatwo tchnąć człowieka. Swoją drogą jest coś na kształt "komputerowego paraliżu" w światowych szachach, skoro pojawił się człowiek, który nie zrobił przecież czegoś rewolucyjnego, czegoś na kształt kopernikańskiego przewrotu, a tylko poznawszy swój styl, zaczął szukać trochę wcześniej i czegoś innego, robiąc tym samym straszną rewoltę.

  Więc płynę sobie dalej uczepiony do podbrzusza płetwala błękitnego i to też wiem, że za mniej więcej pół roku, znów nastąpi  kolejne zejście w wielkie głębiny - szachowy profundal. Jesienią dojdzie do meczu rewanżowego pomiędzy dwoma gigantami naszej dyscypliny. 
Anand to niezwykle sympatyczny i inteligentny człowiek, dlatego uważam, że będzie się starał nie powielić błędów z poprzedniego meczu. Ale jak walczyć z "teorią" Magnusa? Jak narzucić swój styl gry zawodnikowi, który zaczyna grać w szachy, a nie w warianty na wysokości 5-10 posunięcia? Na wiele pytań będzie sobie musiał odpowiedzieć były mistrz świata, jeśli chce być przeciwnikiem przez duże "P" Wikinga. Marzę o wielkiej walce, o całkowitym przeciwieństwie ostatniego "przekazania urzędu", które miało miejsce w rodzinnym mieście Ananda. A o kryzysie w szachach nawet nie myślcie - kryzys może być w waszych głowach, umysłach, ale nie w samych szachach. Zasobów tego sportu, tych złoży, starczy jeszcze na wiele, wiele lat. 


niedziela, 23 marca 2014

"Spokojne sny Wikinga przed meczem o Mistrzostwo Świata"




Bajecznie ułożyła się ta runda dla Ananda. Kramnik, którego pojedynek z Karjakinem na serwerze http://www.chesspro.ru/chessonline/onlines/index_5562.html komentował na żywo arcymistrz Jewgienij Glejzerow, przegrał po trudno wyobrażalnym (na tym poziomie) błędzie w siódmym posunięciu (!). No, jeśli wynik tej partii w końcowym rozrachunku, gdy będzie już wszystko wiadomo, okaże się kluczowy dla Rosjanina (in minus) to sprawa nie będzie miała precedensu w światowych szachach w ostatnich latach. Arcymistrz Glejzerow, zobaczywszy samobójcze 7...dc4?? napisał, że nie wierzy własnym oczom. Sam zachodzę w głowę, jaka była przyczyna tego elementarnego błędu Kramnika - błąd w partii z Topałowem nastąpił w pozycji, która była znacznie bardziej złożona, nasycona taktyką, tutaj praktycznie stał mur - wynik solidnej debiutowej strategii Karjakina. Dogonić Ananda i przeskoczyć go o pół oczka - rzecz chyba już raczej niemożliwa dla Kramnika, który ma poważny problem ze sobą w tym turnieju i nie chce mi się dawać wiary tłumaczeniom, że to już "Wołodii lata idą", bo i takie głosy słyszałem. Tutaj przyczyna jest według mnie inna. Jaka? Nie wiem, ale na Jowisza nie wiek jako przyczyna podstawienia partii w siódmym posunięciu przez arcymistrza z rankingiem 2800 elo. Tego nie kupuję.

Kolejna wspaniała informacja dla Ananda w tym dniu, to przegrana upatrywanego przeze mnie jako ewentualnego kandydata do walki o szachowy najwyższy tytuł, Aroniana. W roli jego pogromcy... Mamedjarow! Była to kolejna, ciekawie rozegrana partia przez Azera w tym turnieju. On jest zdolny do wielkiej gry - gdy na szachownicy powstają niestandardowe pozycje, coś z pogranicza fantazji, jest jednym z lepszych na świecie. Aronian, przegrywając z Mamedjarowem, będzie musiał mocno ryzykować. Generalnie ten kto chce dogonić Ananda, a właściwie - przegonić - musi w ostatnich rundach pójść całkowicie "bez gardy". W szachach jednak jest to pałka o dwóch końcach. Anand wygrywając techniczną partię u Topałowa ma znacznie więcej możliwości na "kombinowanie" w ostatnich rundach, właściwie jest już o krok od rewanżowego meczu z Carlsenem.

Wiking według mnie może spać spokojnie przed obroną tytułu. Ten turniej pokazuje, że nikt nie jest mu w stanie poważnie zagrozić. Niespotykana na tym poziomie masa błędów, niestabilność formy prawie wszystkich uczestników turnieju pretendenckiego, pozwala Carlsenowi cieszyć się każdym dniem i oddalać od siebie myśli o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. Najbardziej równo i stabilnie gra sam Anand, ale Norweg wie jak z nim grać. Tak więc, trwa era Carlsena, a końca jej na próżno wyglądać.


sobota, 22 marca 2014

"Pierwsze koło turnieju pretendentów w Chanty Mansyjsku dla Ananda i Aroniana!"




Sprawa Mamedjarowa - jak dla mnie najbardziej tragiczna postać tego turnieju - rozpoczął zawody od podstawek, co zakłóciło mu płynne wejście w zawody. Na konferencji pomeczowej stwierdził, że dla niego jest to sytuacja, której w ogóle nie brał pod uwagę. Podczas okresu przygotowań bardzo solidnie pracował i nie jest w stanie zrozumieć dlaczego podstawia. Przyczyny podstawek to albo brak ogrania, albo chwilowa dekoncentracja. Według mnie, Mamedjarowa stać na wielkie szachy - generalnie świetnie mu się kibicuje, bo gra interesująco i niekonwencjonalnie - u niego na desce zawsze się "dzieje". No i ta partia z Kramnikiem - już był w ogródku, już witał się z gąską, a tu kolejny krach na giełdzie i   w oka mgnieniu wartościowe papiery stały się makulaturą. Czy Mamedjarow odegra znaczącą rolę w turnieju pretendenckim, czy włączy się do walki o pierwsze miejsce? Nie sądzę. Czy zaskoczy piękną grą w pojedynczych spotkaniach? Myślę, że tak.

Sprawa Kramnika - od Mamedjarowa dostał prezent ale jego gra w Chanty Mansyjsku mnie nie zachwyca. Partia z Topałowem i ruch pionem "a5", nomen omen, w trzynastym posunięciu - to mi całkowicie nie przypominało Kramnika w dawnej, doskonałej formie. Choć ta genialna obrona w pojedynku ze Swidlerem? Hmm... niejednoznaczna ocena jak na razie, ale oczywiście wszystko może się odwrócić i Rosjanin jeszcze może złapać swój rytm. Gdy to zrobi włączy się do gry o najwyższą stawkę.

Sprawa Ananda - Zastanawiam się, czy chciałbym jeszcze raz oglądać pojedynek "Carlsen - Anand". Z jednej strony dlaczego miałbym nie  "dać jeszcze jednej szansy" naprawy błędów byłemu mistrzowi świata. W końcu meczów rewanżowych o MŚ nie było aż tak wiele w historii i byłoby to dość interesujące doświadczenie. Z drugiej zaś strony, wolałbym zobaczyć innego pretendenta twarzą w twarz z Magnusem, tzw. "świeżą krew". Którego? O tym na końcu artykułu. Anand pomimo, że prowadzi, według mnie nie gra lepszych szachów od tych zaprezentowanych w meczu z Carlsenem. Po prostu trafił na arcymistrzów w jego zasięgu, a budowana forma na mecz o MŚ procentuje. Jego przypadłość, która dała znać o sobie w meczu w Wikingiem - czyli, niedocenianie swoich pozycji, tutaj również ma miejsce. Często, gdy następuje kulminacja w jego pojedynkach, moment, w którym należałoby potęgować napięcie do granic, Hindus przechodzi do uproszczeń co zwykle oddaje przewagę i wypuszcza wygraną. Kiedyś taka maniera gry w jego wykonaniu byłaby nie do pomyślenia. To ten straszny złodziej czas, zakrada się znienacka, erozja wielkiej formy Tygrysa z Madrasu jest faktem niezaprzeczalnym. Każdy wirtuoz w swojej karierze może dać ograniczoną liczbę wielkich koncertów.

Sprawa Aroniana - "jeśli nie on to kto na Carlsena?" - wielu zadaje sobie takie pytanie. Aronian gra o wszystko - widać na przekazie "live", że w każdym z pojedynków daje całego siebie - rzuca wszystko co ma na szale, każdą partię mocno przeżywa. Myślę, że szanse są i to niemałe, by spotkał się z Norwegiem. Ostatni turniej pretendencki przegrał w głowie - poniósł klęskę na płaszczyźnie czysto psychologicznej, co sam po turnieju powiedział. Wydaje się, że wykonał odpowiednią pracę w tym kierunku. Jak będzie się sprawował w ostatnich, decydujących rundach? - zobaczymy. Te pojedynki pokażą jaka jest jego odporność psychiczna.

Sprawa Karjakina - osobiście nigdy nie żywiłem do niego wielkiej sympatii, ale co innego kierować się subiektywnymi odczuciami, co innego doceniać klasę gry. Te sprawy trzeba umieć rozdzielić. Karjakin według Swiesznikowa ma znacznie większy potencjał niż Carlsen. W tym momencie norweski "Mag" ma już szachową koronę, Karjakin występuje w roli chłopca do bicia w Chanty Mansyjsku - dotychczas nie wygrał żadnej partii i jest ostatni w tabeli.


Sprawa Turnieju Pretendentów - nie wiem co by musiało się stać, by to spotkanie elity, przewyższyło dramaturgią wydarzenia ostatnich rund turnieju pretendentów z Londynu.  Scenariusza sprzed roku nie wymyśliłby chyba sam Hitchcock. Ale.. pożyjemy, zobaczymy. Może stanie się w tym turnieju coś, co będę jeszcze dłużej wspominać? Kto wie. Życzyłbym sobie tego bardzo!


Sprawa przeciwnika dla Carlsena - uważam, że żaden z obecnych pretendentów nie jest w stanie nawiązać równorzędnej walki z Wikingiem. Wyżej postawiłem kwestię, którego z pretendentów, widziałbym ewentualnie jako przeciwnika Norwega. Odpowiadam - jak na ten moment, jest mi obojętne, który z nich zagra z Wikingiem, uważam, że szanse każdego z nich na wyrwanie korony obecnemu mistrzowi są niewielkie. Jeśli ten, czy inny czytelnik przyparłby mnie zdeterminowany do muru, żądając odpowiedzi, to chyba wybrałbym Aroniana z całej tej stawki.

 Spoglądam dalej więc w kierunku Chanty Mansyjska, stronę, w którą patrzy reszta szachowego świata. Napięcie z każdą rundą będzie rosło...