piątek, 30 stycznia 2015

"Na szachowym Przylądku Dobrej Nadziei" - arcymistrzyni Kasia Toma opowiada o swoich przygodach w Afryce!



Krzysztof Jopek: Witaj Kasia! Za moim oknem biało się zrobiło. Śnieg sypał całą noc, a u Ciebie na samym południu Afryki ciepło i świeci Słońce. Opowiedz, jakie jest południowoafrykańskie lato?

Katarzyna Toma: Jest uśmiechnięte, pełne słońca i palm!! Ale szczerze mówiąc teraz tęsknię za śniegiem i chłodem :) Prawie codziennie mamy koło 30 stopni i ciężko coś robić poza leżakowaniem! Podobno luty ma być jeszcze gorszy :) Mimo żaru muszę przyznać, że wielkim komfortem dla psychiki jest pobudka w słoneczny poranek z niebieskim niebem i ptaszkami ćwierkającymi za oknami każdego dnia!!

K.J: Jak się dowiedziałem, że mieszkasz w Kapsztadzie, wykrzyknąłem: „Santa Polonia! Kasia Toma w Afryce!”. Jak właściwie do tego doszło, że przeniosłaś się na półkulę południową?

K. T: Tak właściwie to trochę przypadkiem :) Akurat miałam przerwę w pracy i dostałam zaproszenie na wakacje od zawodniczki z kadry narodowej RPA- Anzel Solomons, którą poznałam na turnieju w Angoli w 2013 roku. A jak już wylądowałam to się okazało, że mi się bardzo podoba na tym końcu świata!! Tutejsze środowisko szachowe bardzo się ucieszyło z okazji mojego przyjazdu- najsilniejszy klub w kraju - Steinitz Chess Club- zaproponował mi, żebym w jego barwach zagrała w Klubowych Mistrzostwach Afryki na 1 szachownicy :). Udało się wygrać złoty medal indywidualnie i drużynowo i chyba ustanowiłam jakiś rekord, wygrywając pierwszą „deskę” jako  kobieta :)). Dosyć szybko zostałam poproszona przez wielu rodziców o możliwość trenowania dzieci przed i w czasie Mistrzostw Juniorów, uczestniczyłam też w spotkaniu o strategicznym rozwoju szachów w RPA....i tak to się zaczęło.....

Kasia Toma na Przylądku Dobrej Nadziei!





K.T:...W międzyczasie Anzel dostała zaproszenie na turniej do Indii i okazało się, że są chętni zaoferować mi fajne warunki, więc niewiele myśląc kupiłam bilety w obie strony. Wtedy już stwierdziłam, że chcę zostać tu na dłużej i do pracy jako lek. wet. aż tak mi się mocno nie śpieszy. Złożyłam więc wniosek o przedłużenie wizy o kolejne 3 miesiące. W kwietniu zagrałam w kołówce w Centurion City w Pretorii, ale grałam dosyć chaotycznie, być może dlatego, że 1 dnia miałam nieszczęście być świadkiem rabunku. Chciałam doładować telefon w sklepie Vodacomu i akurat kiedy płaciłam podszedł do mnie z tyłu mężczyzna i powiedział: "To jest rabunek, ręce do góry i na zaplecze proszę"! Panów było dwóch, wystrojonych w garnitury z bronią w ręku...

K. J: O kurcze! I co  się potem wydarzyło?

K. T: Jakoś udało mi się wrzucić portfel i pieniądze do torby i przerażona poszłam razem z innymi na to zaplecze desperacko rozmyślając jak uratować mój paszport, który miałam przy sobie. Ale panowie za bardzo nami nie byli zainteresowani, zabrali się za rabowanie wszystkich telefonów i pieniędzy sklepowych, natomiast od klientów i obsługi nie zabrali niczego. Trwało to może z pięć minut, zamknęli nas na tym zapleczu i zniknęli!

K.J: To była wersja kulturalnych przestępców?

K.T: Tak, kulturalni, jak współczesny Robin Hood wręcz!! Niemniej jednak byłam w kompletnym szoku i zaraz po tym jak to się wszystko skończyło poszłam do sklepu obok i kupiłam sobie butelkę wina! :)

K.J: Temu akurat się nie dziwię ;).

K. T:  Dodać trzeba, że zdarzyło się to w jednej z "najlepszych" dzielnic Pretorii, która teoretycznie jest bezpieczna. Dzień przed wylotem z Kapsztadu wszyscy mnie ostrzegali, że „Johannesburg” ( miasta są położone sąsiednio) to "miasto grzechu" i żebym na siebie uważała....rabunek był jakieś 3-4 godziny po wylądowaniu na lotnisku w Johannesburgu....

Arcymistrzyni na safari :).



K. J: Podejrzewam, że to nie był koniec twoich perypetii związanych z wylotem do Indii…

K. T: Zanim do tych Indii dotarłam, miałam kilka ciekawych przygód ze zdobyciem wizy. Przed zakupem biletu zadzwoniłam do Konsulatu Indii z pytaniem, czy mogę się ubiegać o wizę z RPA, ale pracujący tam pan stwierdził, że nie będzie problemu i mogę się ubiegać z jakiegokolwiek kraju. Jak już zaczęły się konkretne przygotowania do wyjazdu i miałam skompletowane: zaproszenie, bilety, zdjęcia itd. poszłam złożyć wniosek o wizę. Dosyć szybko dowiedziałam się, że wizy dostać nie mogę bo jestem na wizie turystycznej w RPA i nie wiadomo, czy zostanie mi ona przedłużona i w ogóle to lepiej jakbym aplikowała z Polski. Przeszłam tam z nimi fazy wściekłości, załamania i zirytowania, ale nic nie pomogło- wniosek nie został nawet przyjęty.

K.J: Jak się udało ten problem rozwiązać?

K.T:  Z problemem z wizą podzieliłam się z ówczesną panią vice Prezydent Federacji Szachowej Judy- Marie, która powiedziała, żeby papiery podać jej synowi, który akurat był  w Kapsztadzie. Było to zaraz po turnieju w Pretorii, grałam w kołówce z normą na GM podczas Steinitz Chess Festival. W sumie to od kwietnia do końca maja ciągle gdzieś występowałam. Nie wiem jakim cudem i dzięki jak wielkim znajomościom, ale udało się jej wizę „załatwić” :). Problem w tym, że dali mi ją na dzień przed wylotem, więc Judy Marie wsadziła mój paszport w samolot, który miał wylądować na godzinę przed naszym odlotem do Indii. Na lotnisku razem z tatą jednej z moich uczennic pojechaliśmy na cargo, reszta grupy się już odprawiła, a jej mama została z moim bagażem. Okazało się, że wypakowanie samolotu trwa 45 min. W tym momencie to już mi się płakać chciało - wiza w paszporcie, ale i tak nie polecę!! Pani chyba zobaczyła, że wpadam w histerię i gdzieś zniknęła, po czym pojawiła się z zawiniątkiem, w którym był mój paszport. Biegiem pojechaliśmy z powrotem na terminal, ale już i tak odprawa była zamknięta, szczęście w nieszczęściu, mama mojej juniorki jeździ na wózku i obsłudze głupio było ją wyrzucić, więc zaczekali na mnie i mnie odprawili. Wciąż biegiem ominęłam wszystkie kolejki krzycząc, że zaraz mam samolot. Na kontroli paszportowej zagrozili mi że zapłacę karę za wyjazd z kraju nie czekając na przedłużenie wizy- do samolotu udało mi się wskoczyć w ostatniej chwili!! I poleciałam do Indii.

K. J: Uff…

K.T:  Do tej pory nie wiem jak się to udało bo wszystko zadziałało dosłownie na ostatni gwizdek i pewnie jakiś limit cudów w moim życiu wyczerpałam przez tą wycieczkę!! Po powrocie z Indii grzecznie zapłaciłam karę na lotnisku i czekałam na rozpatrzenie wniosku. Po jakimś czasie coś mnie tknęło i poszłam w pewien wtorek dowiedzieć się do urzędu co z tą moją aplikacją, bo całkiem niedługo miały minąć te 3 miesiące, o które starałam się wizę przedłużyć:) pan spokojnie powiedział mi, że wniosek został anulowany i muszę opuścić kraj do piątku ( Polacy mogą przebywać w RPA do miesiąca bez jakiejkolwiek wizy i akurat miało minąć 30 dni od powrotu z Indii ). Nogi się pode mną ugięły bo moja pierwsza myśl- muszę wracać do Polski, a przecież w sobotę zaczyna się South African Open w Bloemfontein! Nie zdążę! Szybko jednak doszłam do siebie i się spytałam czy jak przekroczę granicę to będę mieć te dodatkowe 30 dni :) Pan się uśmiechnął i mi oddał paszport, no i się zaczęło! Gdzie tu jechać na wycieczkę żeby granicę w sobotę przekroczyć i zdążyć na rundę w niedzielę rano?  Wymagania wizowe szybko zredukowały liczbę krajów na przyśpieszone wakacje i w końcu pojechałam do Swazilandu! Przypadkiem nocowałam u lekarza weterynarii prowadzącego B&B w Mbabane, zwiedziłam w jeden dzień tą miniaturową stolicę, pochodziłam po górach i ze świeżym stempelkiem w paszporcie szczęśliwie wróciłam na turniej :)

K.J: A mówią, że szachiści prowadzą nudne i mało emocjonujące życie... A jak wyglądał twój pobyt w Indiach?

K. T: W sumie mam bardzo dobre wspomnienia, chociaż przeżyłam szok kulturowy bo był to mój pierwszy pobyt w tym kraju.

K.J: Opowiedz, więc o swoich wrażeniach.

K.T: Jak już wylądowałyśmy szczęśliwie w Bombaju,  ja, Anzel oraz „nasze juniorki”- Dantelle i Sune, musiałyśmy udać się na następny lot do Bhubaneswaru- w którym był turniej. Wyczekałyśmy się na tym lotnisku kilka godzin, miałyśmy kłótnię z liniami lotniczymi bo nikt nas o nowym ograniczeniu bagażu nie poinformował i na końcu milion razy na wszystkich bramkach byłyśmy sprawdzane od stóp do głów :). Już w samolocie zauważyłam że wywołujemy małą sensację. Cztery białe dziewczyny podróżujące samotnie bez "opieki". Więc się wszyscy na nas wręcz gapili i to zarówno mężczyźni jak i kobiety. Po wylądowaniu odebrał nas Sekhar, organizator turnieju, Wiceprezydent Federacji Indii i prywatnie przemiły człowiek!! Dowiedziałyśmy się że Bhubaneswar to małe "miasteczko" i ma tylko 1 mln ludzi. Zakwaterowane byłyśmy w internacie Uniwersytetu KIIT, pokoje były z klimatyzacją, łazienką, telewizorem, czajnikiem i.... wszechobecnymi jaszczurkami! Bardzo mi się spodobało! Do tego kuchnia indyjska- mniami!! Zajadałam się na każdym posiłku i jak wszyscy z Indii wracają z ubytkiem masy ciała tak ja wróciłam z 2kg więcej :)

K.J: Ja też jestem wielkim fanem orientalnej kuchni…

K. T: Tak sobie teraz wspominam i myślę, że nie powinnam narzekać na te 30 stopni w Kapsztadzie.... Wystarczyło wyjść z klimatyzowanego pomieszczenia i już żar buchał z niesamowitą siłą i ledwo można było wytrzymać. Szczęśliwie sala gry była klimatyzowana i wszędzie był dostęp do czystej wody. Rundy były rano, turniej silny bo Hindusi mają rankingi zaniżone, więc każda partia była wielką batalią, jak widziałam, że gram z juniorem to już się nastawiałam na zacięty bój!





K.J: W Indiach od dawna panuje wielki „boom” na szachy. To zapewne zasługa "Vishiego" Ananda...

K. T: Widać to na każdym kroku. Plakaty z „Vishym” wiszą na każdej ścianie i widać ten fanatyzm szachowy w nastawieniu dzieci, rodziców i działaczy. Maluchy często mnie zaczepiały i się dokładnie o wszystko wypytywały, a jaki to mam ranking, ile godzin trenuje, kiedy zaczęłam grać itd. I muszę przyznać, że sceptycznie podchodziły do moich odpowiedzi....Koneru to ja nie jestem :)

K.J: Oj, przydałoby się coś takiego u nas,  w Polsce...

K.T: Oni są tam głodni szachów i sukcesu. Każdy utytułowany szachista ma wsparcie finansowe, więc nie ma się czemu dziwić, w kraju takim jak Indie to kwestia życia i śmierci, co niestety widać na ulicach.

K. J: Znajomy opowiadał, że w Indiach ludzie się rodzą na ulicy, mieszkają na ulicy i umierają na ulicy, a miliony nie widziało jednego dolara na oczy...

K.T: Na plaży w Mumbaju dzieci przyszły błagać o wodę, więc dałam im wszystko co miałam, ale i tak co krok widziałam ludzi leżących z wyczerpania na drodze, matki z niemowlętami z wyschniętymi ustami, leżące gdzieś na ulicy bez dachu nad głową. Ulice są zapełnione ludźmi, wszędzie są ludzie, masz wrażenie, że nie ma nic poza ludźmi.

K.J: Powiem ci, że podobną biedę, choć może nie aż taką, widziałem w Maroku. Mnie w Maroku bieda po prostu poraziła. Mówią, że wizyta w Indiach może człowieka odmienić, gdy się widzi z jakimi problemami ludzie się zmagają. Nasze kłopoty, tu w Europie, wydają się po prostu wydumane...

K.T: Tak, po wylądowaniu w Kapsztadzie wszystko mnie cieszyło, począwszy od świeżego powietrza przez normalny ruch na drodze, po zwykłe toalety....na co dzień nie doceniamy prostych rzeczy, do których przecież wszyscy mają dostęp, ale nie wszędzie na świecie tak jest....nawet „slumsy” ( townships ) w RPA są dużo lepsze niż te w Indiach ( i Angoli dla przykładu )....z dostępem do elektryczności i wody.... bardzo mnie to do dziś razi. Bo przecież nie można powiedzieć, że ludzie mieszkający w townships w RPA mają się dobrze. W Indiach i w Angoli bardzo mnie uderzyła przepaść pomiędzy światem tych mających pieniądze i tych nie posiadających nic, absolutnie nic. Więc istnienie licznej klasy średniej co tam sobie rzepkę skrobie to chyba największe szczęście mieszkańców krajów rozwiniętych, chociaz pewnie znajdzie się wielu poszkodowanych tym faktem:)

K.J: Zdaje się, Kapuściński napisał, że około 400 osób ma 2/3 wszystkich pieniędzy jakie są w światowym obiegu. Jak ci się grało w Indiach? Radek Wojtaszek opowiadał, że standardy na turniejach w Indiach praktycznie w niczym nie odbiegają od tych europejskich.

K.T.: Muszę przyznać, że książki Kapuścińskiego rozbudziły we mnie wielką ciekawość świata i natchnęły do podróży i poznawania różnych kultur. Generalnie zgodzę się z Radkiem! Obie sale gry były klimatyzowane, a w Mumbaju do tego stopnia, że czasem było po prostu zimno:) Niestety trafiłam akurat na ten rok w Mumbaju, kiedy organizatorzy byli zmuszeni do zmiany sali gry w ostatniej chwili i wylądowaliśmy na Uniwersytecie, ale poszczególne sekcje były na różnych piętrach, a wszystko obsługiwała 1 winda.... więc prawie co rundę spóznialiśmy się 3-4 minuty bo nie sposób było się przebić przez tłum śpieszący na salę gry. Dodam, że turniej A odbywał się na 7 pietrze i nie było klimatyzacji na korytarzach...
Poza tym odniosłam pozytywne wrażenie jeśli chodzi o sam stosunek Hindusów do zawodników z innych krajów, byli nas ciekawi, prawie wszyscy chcieli analizować partie i ogólnie czułam, że zależy im  na naszym dobrym samopoczuciu. Organizatorzy pomagali nam w zwiedzaniu, starali się pomóc jak był jakiś problem, tu znowu wspomnę Sekhara- dusza człowiek! 

K. J: Powróćmy na kontynent afrykański. Przeciętny kibic szachów jest mało zorientowany jak się ma nasza dyscyplina w Afryce. Czy mogłabyś przybliżyć czytelnikom na jakim poziomie są obecnie szachy w RPA oraz innych krajach afrykańskich oraz jakie Afryka ma perspektywy jeśli chodzi o dalszy rozwój królewskiej gry?

K. T: Ogólnie poziom gry jest bardzo słaby w porównaniu z Polską. RPA dorobiło się właśnie pierwszego w historii arcymistrza- za wygranie Mistrzostw Afryki Kenny Solomon został uhonorowany najwyższym tytułem szachowym o czym niedawno można było przeczytać na portalu chessbase. Jest to bardzo ważne wydarzenie w całym kraju, niemal początek nowej ery i wszyscy są bardzo podekscytowani. Nie zmienia to jednak dramatycznej sytuacji jeśli chodzi o poziom gry, wystarczy prześledzić rankingi pierwszej dziesiątki mężczyzn i kobiet, żeby zrozumieć, że szachy w Południowej Afryce nie nadążają za światem. Niemniej jednak Federacja stara się rozwijać, chociaż robią to trochę chaotycznie i niestabilnie. W sumie trochę mnie dziwi tak niski poziom gry bo nakłady finansowe ( szczególnie rodzicielskie ) wcale nie są dużo niższe niż na szachy w Polsce,  położenie geograficzne wydaje się być czynnikiem decydującym, gdyż brak  dobrych zawodnikow również w krajach sąsiednich, więc ciężko o trenerów dla najzdolniejszej młodzieży i koło się zamyka. Jest tu całkiem sporo turniejów, ale nie są one liczone do FIDE i najczęściej gramy tempem 60:60, 3 rundy dziennie. Oczywiście zminiejsza to koszty, ale jakościowo szachy cierpią. Corocznie jest kilka turniejów międzynarodowych, w tym przynajmniej 2 kołówki z normą arcymistrzowską. Niestety nagrody nie są obalające, więc utytułowani zawodnicy bez zaproszenia tu po prostu nie przyjadą. I wszystko jak zawsze rozbija się o pieniądze. Ale pierwszy pierwiosnek jest, więc może i wiosna przyjdzie!



K.J: A jak jest w innych krajach?

K.T: Jeśli chodzi o Angolę to poziom jest jeszcze gorszy. Nie tylko położenie geograficzne, duże nierówności społeczne, ale i język stoi naprzeszkodzie- Angola jest dawną kolonią portugalską i niestety mała część społeczeństwa mówi po angielsku. Tak więc znalezienie kogoś chętnego do zamieszkania w tym klimacie i trenowania dzieci w języku portugalskim jest niezwykle trudne! Niemniej jednak pojedyncze osoby już tam trenują i na ostatniej Olimpiadzie widziałam, że w drużynie kobiecej znalazły się same dziecięce twarze! Odważny i przyszłościowy krok, zobaczymy czy Federacja wytrwa we wspieraniu młodych zawodników! Przy okazji wspominania Angoli nie mogę się powstrzymać żeby nie dać przykładu na typową afrykańską mentalność. W kwietniu 2013 grałam tam na turnieju organizowanym corocznie i sponsorowanym przez browar produkujący wyśmienite piwo „Cuca”. Kolega uprzedził mnie żebym się nie denerwowała i spokojnie czekała, aż mi wyślą bilet. Na 2 dni przed turniejem już mocno zaniepokojona zaczęłam się dopytywać o bilet, ale organizator uspokoił mnie, że zaczniemy z opóźnieniem. Gdy ponowny termin wylotu przyszedł dosyć szybko, a mój bilet wciąż był wielką niewiadomą, spakowałam się i pojechałam do Warszawy. Mama sceptycznie pożegnała mnie słowami „do zobaczenia wieczorem”. Na Okęciu siedziałam już prawie zrezygnowana, aż tu na pół godziny przed ostatnim sensownym połączeniem z Angolą- bum- mam bilet na poczcie w telefonie- i już chwilę potem zaczęłam zdobywać doświadczenie w bieganiu po lotnisku z krzykiem, że zaraz mam samolot. Dodać trzeba, że poleciałam bez wizy, ale miałam magiczne pismo od organizatora i wizę dostałam na lotnisku, ale to już znowu odrębna historia....po tym wyjeździe nauczyłam się, że trzeba wszystko brać mniej poważnie i się tak mocno niczym nie stresować!! Jak nie dzisiaj to jutro zdążymy ze wszystkim....;)

Kasia Toma podczas symultany.


K.J: Przeczytałem ostatnio na Twitterze, że Sergey Tiviakov odwiedził już 76 krajów, a ty szachowa podróżniczka – jakim wynikiem możesz się pochwalić?

K.T: Ja skromnie tylko 32 kraje mam w mojej kolekcji.

K.J: Wizytę w którym kraju wspominasz najcieplej? Gdzie oprócz RPA najbardziej ci się podobało?

K.T: W Norwegii!! To mój ulubiony kraj!! Grałam tam w kilku turniejach i miałam okazje odwiedzić różne części kraju, nie jestem w stanie nawet wybrać najpiękniejszego zakątka tej cudnej krainy!! Podoba mi się przyroda i przestrzeń, ten milczący majestat bijący z gór, spokój i stabilizacja. I sami Norwedzy mówią o sobie zbyt surowo, spotkałam się tam z dużą serdecznością, więc chyba nie są tacy oschli jak twierdzą :).
Następnie muszę wymienić Czechy- zupelnie z innych powodów- kocham ten kraj za przepyszne jedzenie, wdzięczny dla naszego ucha język i świetne wspomnienia z ogromnej ilości turniejów jakie tam grałam na przestrzeni lat!!

K.J: Bardzo duży życiowy zakręt cię spotkał z tym wyjazdem na południe Afryki, ale chyba nie powiedziałaś ostatniego słowa? Jakie masz bliższe i dalsze plany?

K.T: Pewnie, że nie!! We wtorek lecę na kołówkę z normą arcymistrzowską do Bangladeszu:))) Kraj numer 33! I już mam małą anegdotkę związaną z wyjazdem.

K.J: Zapodawaj :).

K.T: Czwartek rano. Dzwoni telefon. Ambasada Polski w Pretorii.
Pan mówi, że jest u nich kurier, który koniecznie chce odebrać przesyłkę dla mnie.
Mowię, żeby go wysłał do ambasady Bangladeszu po mój paszport :)
Pan się śmieje :)

Podobno paszport jest już w drodze:)

K.J: Bardzo Ci dziękuję Kasiu za rozmowę. A Na koniec mała niespodzianka dla ... 

K.T: Wywiad chciałabym zadedykować mojemu tacie Marianowi!! 

Tato, dziękuję za nieustanne wspieranie moich marzeń, miłe słowo w chwilach zwątpienia i ten rozbrajający optymizm, żebym się nie martwiła, że przecież będzie „dobrze”!! 

Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin!! Sto lat uśmiechu, zdrowia i moc całusów z Afryki!!


15 komentarzy:

  1. Przydługi trochę ten wywiad :>:>
    Za to wartościowy. Fajnie się dowiedzieć trochę o życiu prywatnym szachistów. To inaczej wpływa na ich postrzeganie :) Swoją drogą, ja bym się nie zdecydował na zamieszkanie w RPA właśnie z uwagi na wielość rabunków tam występujących - jak ten opisany w wywiadzie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratulacje dla Kasi za pasję i odwagę, szczerze mówiąc nigdy nie miałem tyle odwagi żeby podróżować do RPA, nie mówiąc już o Bangladeszu. Ach te dzielne kobitki.......

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wywiad! Masz chłopie talent!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawy wywiad. Pozdrawiam z Cape Town

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawy wywiad. Pani Kasi przytrafilo się tyle przygod przez parę m-cy ktorych, odpukac, ja nie doswiadczylam przez 33lata pobytu w RPA. Odwiedzajcie tej kraj bo jest wspanialy!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajnie poczytać co na świecie się dzieje, wszak nie każdy ma takie możliwości podróżowania, więc zostaje czytanie, ciekawie było poczytać i obejrzeć zdjęcia, dziękuję Panie Krzysztofie że znajduje Pan na to czas, pozdrawiam i czekam na podobne....
    tzbych

    OdpowiedzUsuń
  7. W tym przypadku akurat czas nie grał dużej roli - gdybym miał tak fajnych, otwartych rozmówców jak Kasia Toma to co tydzień na witrynie miałbym coś nowego, podobnego i w tym stylu...

    OdpowiedzUsuń
  8. Pozostaje dodać mi tylko tyle,iż jestem dumna ze swojej córki Katarzyny !!
    Pozdrawiam serdecznie !!

    OdpowiedzUsuń
  9. Widzisz Krzysztofie? ;) :). Waldemar ma to samo zdanie co ja. Inni pewnie wolą nie mówić tego wprost, bo powiedzieć komuś, że to TY masz talent jest równoznaczne z tym, żeby przyznać się przed sobą "a czemu ja go nie mam?!".

    Wywiad rewelacyjny. Byłoby znakomicie, gdyby udało ci się realizować takie (chodzi o jakość, a nie li tylko o obcy kraj) wywiady. Trzymam mocno kciuki Krzyśku i raz jeszcze gratuluję pasji, talentu i tego co nie pozwala ci zasnąć, gdy czegoś fajnego na blogu nie opublikujesz ;) :). Brawo! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ludzie nazywający Krzyśka "bajkopisarzem" czy "filozofem" nie zdają sobie sprawy z jaką pasją mają do czynienia i jak jest trudno coś takiego robić. Może po prostu zawiść...

    OdpowiedzUsuń
  11. Rewelacyjny wywiad! Podziękowania dla pani Katarzyny i pana Krzysztofa. A może by go opublikować w "Macie"?

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie się kiedyś wydawało, że mam naprawdę sporą wiedzę o szachach (dodam, że nie chodzi o tak zwaną technikę czy siłę bądź zrozumienie gry). Jednak przy Krzyśku to mogę najwyżej podawać pionki ;) :). Warto podkreślić, że nasz Twórca - Krzysztof - ma nie tylko umiejętności czysto szachowe, ale także jego giętkość i głębokość wypowiedzi... poraża :). Wcale nie jest łatwo wszystko przemycić w ciekawej, fajnej i zrozumiałej formie "to co pomyśli głowa".

    Chyba niewielu filozofów w Polsce może się równać pasją szachową z kolegą Krzysztofem. Tak więc nazywanie naszego Autora w ten sposób raczej brałbym za dobrą monetę. To mniej więcej jak nazwać kogoś "kompiarzem" - są osobnicy, którzy byliby dumni z takiego określenia (wszak niewiele osób potrafi grać z taką siłą). Podobnie zatem brałbym tego typu komentarze, że "bajkopisarz" czy "filozof" napisał to czy tamto ;) :).

    PS. Z tego co podejrzewam, to 90-95% krytykantów (krzykaczy, pieniaczy) nie ma nawet 5% pasji jaką może się pochwalić autor bloga ;) :).

    OdpowiedzUsuń
  13. Gratulacje dla Kasi za to co osiągnęła w szachach! Jeśli mogę dodać to Kasia urodziła się w Częstochowie i cieszy mnie jako Częstochowianina, że mieszkanka mojego miasta uczy grać w szachy ludzi na drugim końcu świata :-)

    OdpowiedzUsuń